niedziela, 20 września 2015

"Roses" rozdział XI

Tytuł: "Roses" <rozdział XI>
Paring: HunHan (pobocznie BaekYeol, KrisHo, KaiSoo)




“Roses”
rozdział XI

5 czerwca. Dworzec.
- Dlaczego znowu to robisz?
Baekhyun podniósł głowę, dostrzegając nad sobą zmartwioną twarz przyjaciela.
- Dlaczego co robię? - spytał, unosząc brwi.
- Dlaczego tu siedzisz? - odparł Yixing. - Przecież dobrze wiesz, że nie przyjedzie. Nie ma się nawet gdzie zatrzymać.
Baekhyun spuścił wzrok zrażony tymi słowami i beznamiętnie przygryzł wargę.
- Kiedyś w końcu przyjedzie, Lay - rzekł cichym, pustym głosem. - A wtedy ja będę tu czekał, bo nie przegapię żadnej okazji, żeby to wszystko odkręcić.
- Baekhyun… - Yixing westchnął cicho. - Myślę, że ten plan nie wypali.
- Mam inne zdanie na ten temat.
- Chodzi o to, że… nie pomyślałeś przypadkiem, że do tego czasu Chan zdąży o wszystkim zapomnieć? Znajdzie kogoś innego. Znajdzie też inny dom.
Byun zamarł, słysząc słowa przyjaciela.
Czy Chanyeol naprawdę byłby w stanie zapomnieć o wieloletniej przyjaźni? Czy zapomniałby o rodzinnym miasteczku? O ich wspólnym miejscu? O ukrytych wiadomościach?
- Nie, Yixing. On wróci.



5 czerwca. Seul.
Sehun w roztargnieniu przeczesał włosy, siedząc na kanapie z laptopem na kolanach, chwilami rzucając krótkie spojrzenia w stronę Luhana kręcącego się po salonie.
- Co robisz? - zapytał nagle, czując na sobie wzrok starszego.
- Ścierałem kurze. Sam chyba nigdy nie nauczysz się sprzątać - parsknął tamten w odpowiedzi.
Sehun zaśmiał się cicho, słysząc opryskliwy ton narzeczonego.
- Zwykle inaczej spędzamy nasze piątkowe wieczory, Lu - wymruczał, nieodrywając wzroku od ekranu laptopa.
- Racja, ale ten kurz mnie irytował - wywrócił oczami brunet.
- Pedant - parsknął pod nosem Sehun, nim poczuł, że kanapa ugina się pod dodatkowym ciężarem drugiej osoby.
- Co oglądasz? - spytał Lu, próbując zajrzeć młodszemu przez ramię.
Sehun objął go delikatnie ramieniem, pozwalając zobaczyć cały ekran laptopa, oraz wyświetlaną aktualnie stronę, której widok sprawił, że na twarzy starszego zajaśniał zdziwiony wyraz.
- Em… Dream&Wedding? To nie jest przypadkiem firma organizująca śluby? - spytał Lu, krzywiąc się lekko.
- Tak - skinął głową Sehun. - To właśnie ta firma.
- Po co przeglądasz ich stronę?
- Ech, pomyśl. Skoro ci się oświadczyłem przyszedł chyba czas, abyśmy zostali małżeństwem, prawda?
- Ale… - głos Luhana ugrzązł w gardle, kiedy ten zobaczył ciepły uśmiech na twarzy Sehuna i jego uśmiechające się uroczo oczy.
Przez tyle czasu do niego jeszcze nie docierało to, że miłość jego życia chce się z nim związać na zawsze. Wydawało mu się to zbyt piękne.
- Kiedy? - wymruczał cicho. - Kiedy zamierzasz brać ten ślub?
- Chciałeś chyba powiedzieć kiedy my zamierzamy brać ślub, prawda? - na twarzy Sehuna znów wymalował się ten chłopięcy uśmiech.
- Racja - skinął głową Lu, leniwie wtulając się w jego ramię.
- Powinniśmy już zacząć planować. Jeszcze w tym miesiącu chcę móc nazwać cię moim mężem.
- W tym miesiącu? - powtórzył Luhan. - Nie uważasz, że to za szybko? Nie uda nam się nic rozplanować.
- Cóż… - dłoń Sehuna leniwie przesunęła się po plecach starszego. - Szczerze mówiąc już wcześniej nawiązałem współpracę z Dream&Wedding i od piętnastego maja planujemy uroczystość. Wolałem ci nic nie mówić, bo wiedziałem, że tak zareagujesz, kochanie.
- Ale… - głos Lu znów się urwał.
- Nie miej mi tego za złe. Zwyczajnie chciałem wziąć sprawy w swoje ręce - usprawiedliwił się Oh, uśmiechając lekko.
- W takim razie co udało ci się już rozplanować?
- Ceremonia odbędzie się w pensjonacie. Dużo kwiatów, gości, wielki tort. Co ty na to?
- Pomyślałeś chociaż przez chwilę ile to będzie kosztować? - parsknął śmiechem Lu.
- Mam wystarczająco dużo oszczędności, by pokryć koszty naszego ślubu - odparł Sehun. - I pogódź się z faktem, że niedługo zmienisz nazwisko na Oh.
Luhan zaśmiał się cicho, czując ciepłe usta Sehuna, zostawiające miękki pocałunek na jego policzku.
- Oh Luhan… Nawet fajnie brzmi - uśmiechnął się, czule przeczesując palcami włosy młodszego.
- Brzmi idealnie - wymruczał Sehun z leniwym uśmiechem na twarzy. - Robi się późno. Obejrzymy coś, czy idziemy spać?
- Nie jestem zmęczony. Włącz jakiś film - odparł Lu, wygodniej układając się w ramionach narzeczonego i przykrywając ich obu kocem.

Po godzinie oglądania nudnej komedii romantycznej Sehun czuł się tak senny, że przestał kontrolować opadające powieki, które nagle zrobiły się niezwykle ciężkie. Poruszył się, chcąc powiedzieć narzeczonemu, że zamierza iść spać, lecz w chwili, w której spojrzał na Lu, zauważył, że starszy już dawno zasnął.
Czarne kosmyki włosów opadały na jego bladą, śpiącą twarz. Słodkie usta były lekko rozchylone, a wątłe ramiona obejmowały tors Sehuna, podczas, gdy głowa bruneta spoczywała bezwładnie na jego ramieniu.
Rozczulony tym widokiem Oh uśmiechnął się lekko i nachylił, by jednym sprawnym ruchem wziąć śpiącego chłopaka na ręce i zanieść go do sypialni, gdzie ułożył go na miękkim materacu i ostrożnie przebrał w piżamę, uważając, aby go nie obudzić.
- Dobranoc, Xiao Lu - wyszeptał, kiedy ułożył już głowę narzeczonego na poduszce, a jego ciało przykrył kołdrą, po czym czule ucałował go w czoło.
Czuł się źle nie mówiąc Luhanowi o drugim znaczeniu ich ślubu, wolał jednak, żeby chłopak był nieświadomy. Jedno źle wypowiedziane słowo mogło zniszczyć cały obraz idealnej, wymarzonej miłości.
Kochał Luhana. Kochał go tak, jak jeszcze nigdy nikogo i czuł się okropnie, wiedząc jak musi to wyglądać z zewnątrz. Snobistyczny, rozpieszczony ważniak z Seulu wykorzystuje naiwność podopiecznego jego zmarłej ciotki, by uwieść go i w ten sposób zdobyć swoją część majątku. Samo myślenie o tym było bolesne.
Gdyby nie sprawy pensjonatu, Sehun poczekałby ze ślubem i zaręczynami. Zrobiłby wszystko w swoim czasie, lecz nie mógł sobie na to pozwolić, wiedząc, że lada dzień pensjonat może zostać im odebrany. Był w potrzasku, a mimo to robił wszystko, by Luhan jak najmniej na tym ucierpiał. Miał jedynie nadzieję, że gdy wyzna mu wszystko po ślubie, ten będzie w stanie mu wybaczyć i nadal go kochać.
Odpalił papierosa i przysiadł na parapecie, uchylając lekko okno. Noc była ciepła i spokojna, a Seul jak zwykle emanował światłami i neonami. Nie było w nim jednak tego, czego Sehun pragnął.
Nie chciał pieniędzy. Nie zależało mu też na spadku. Chciał tylko miłości Luhana, a tracąc pensjonat obydwoje straciliby swój dom i zapisane w nim wspomnienia.
- Hunnie? Nie śpisz?
Odwrócił się, słysząc za sobą ciche kroki.
- Nie mogę zasnąć - westchnął, opierając się plecami o ścianę.
- Znowu palisz? - Luhan podszedł do niego i odebrał jarzącego się papierosa, po czym wyrzucił go przez okno. - Rozmawialiśmy już na ten temat.
- Tak, wiem - Oh uśmiechnął się, widząc troskę na twarzy starszego.
- Obiecaj, że to ostatni raz, kiedy palisz to świństwo.
- Obiecuję.
- Coś się stało? - Luhan przysiadł na parapecie naprzeciw chłopaka. - Jesteś smutny.
- Nie, nie. Po prostu myślałem.
- O czym?
Sehun westchnął. Nienawidził go okłamywać, a robił to przez większą część ich znajomości. Zdecydowanie nie zasługiwał na kogoś tak wyrozumiałego i czułego jak Lu.
- O wszystkim, hyung - odpowiedział. - Chodźmy spać. Jest późno.
Nie czekając na reakcję drugiego, chwycił go za dłoń i pociągnął w stronę sypialni, by kilka minut później zasnąć, obejmując go szczelnie ramionami, zupełnie jakby bał się, że następny dzień odbierze mu miłość jego życia.



10 czerwca. Pensjonat.
Chen odsunął zwiewną, koronkową firankę i wyjrzał za okno, dostrzegając białą furgonetkę parkującą na podjeździe. Uśmiechnął się lekko na widok wysiadających ludzi w uniformach i ruszył w kierunku drzwi, chcąc powitać ich w progu.
Przeszedł przez salonik dla gości, który o tej godzinie niemal świecił pustkami, z wyjątkiem kilku starszych pań, raczących się herbatą i podszedł do drzwi, otwierając je na oścież.
- Dzień dobry - niska kobieta o przyjemnym wyrazie twarzy, małych ciemnych oczach i kasztanowych, lekko falowanych włosach skłoniła się lekko. - Nazywam się Bang Minah i jestem z…
- Wszystko wiem - przerwał jej Chen. - Kim Jongdae.
Kulturalnie uścisnęli sobie ręce, nim Bang Minah wraz z resztą swojego zespołu wkroczyła do wnętrza pensjonatu.
- Co zamierzacie dzisiaj robić? - spytał Jongdae, przyglądając się, jak kobieta w skupieniu ilustruje wzrokiem hol.
- Obejrzymy teren i rozplanujemy co gdzie się odbędzie. Pan Oh życzy sobie, aby ceremonia odbyła się w ogrodzie, a przyjęcie wewnątrz, więc musimy sprawdzić czy na to wszystko starczy miejsca. Musimy gdzieś upchać tych stu pięćdziesięciu gości - wyjaśniła szatynka, rozwijając kartę z planem posesji. - Mam nadzieję, że wszystkie rezerwacje w pokojach na dzień dwudziesty dziewiąty i trzydziesty zostały odwołane.
- Tak - skinął głową Jongdae.
- W takim razie proszę mnie oprowadzić - powiedziała Minah, zwijając plan posesji i na powrót chowając go do torby.
Chen rozejrzał się w poszukiwaniu Minseoka, a zauważając go u szczytu schodów przywołał do siebie ruchem ręki.
- To Kim Minseok, mój przyjaciel. Pracujemy razem. On panią oprowadzi - rzekł, wiedząc, że jeszcze przed porą obiadową musi spełnić kilka swoich obowiązków w kuchni, po czym odszedł.
Minseok skłonił się lekko przed nowo poznaną kobietą, a podnosząc zatrzymał wzrok na jej śmiejących się oczach. Dawno nie widział u żadnej kobiety tak pozytywnego uśmiechu.
- Kim Minseok.
- Tak, wiem - zaśmiała się Minah. - Jongdae pana przedstawił.
- Przejdźmy na ty - uśmiechnął się Kim.
- Mów mi Minah.
- Xiumin.
Przez moment między dwójką trwała niewygodna cisza, którą w końcu zdecydował się przerwać Minseok, przygładzając dłonią starannie ułożone włosy.
- Zacznijmy od głównego salonu. Tam ma się odbyć przyjęcie, prawda - zaczął, aby w następnego chwili poprowadzić grupę Minah w stronę wskazanego pomieszczenia.





10 czerwca. Dom Kyungsoo.
Koszmary stały się tylko złym wspomnieniem, od dnia kiedy Kyungsoo po raz pierwszy zasnął w ramionach Jongina. Wszelkie wątpliwości minęły, ukazując powoli kiełkujące uczucie pomiędzy dwoma nieufnymi duszami, które niezwykle szybko znalazły wspólny język.
- Nie śpisz już? - ciepły uśmiech wymalował się na twarzy Kyungsoo, kiedy ten przekraczając próg kuchni, zauważył bruneta, stojącego przy blacie, tyłem do niego.
- Dzisiaj ja robię śniadanie - odparł Kim, nawet się nie odwracając, na co niższy zareagował przyciszonym śmiechem.
Takie poranki były jego idealną częścią idealnego dnia.
Podszedł ostrożnie do odwróconego mężczyzny i zbierając w sobie odwagę, zdołał objąć go od tyłu i wtulić się w jego plecy. Jongin drgnął, lecz ani na chwilę nie przestawał kroić warzyw, do reszty pochłonięty przygotowywaniem posiłku.
- Jongin…
- Hm? - mruknął, słysząc cichy głos Kyungsoo.
- Chyba się do ciebie za bardzo przyzwyczajam.
Kai odłożył nóż i powoli odwrócił się przodem do niższego, uważnie ilustrując go wzrokiem.
- Co przez to rozumiesz? - spytał, kładąc dłonie na jego ramionach.
Starszy zawahał się. Wiedział, że temat, który zamierzał poruszyć był delikatny, a jedno źle wypowiedziane słowo może z łatwością zranić Jongina, który z każdym dniem stawał się jego życiem.
- Wiem, że nie powinienem, ale traktuję cię jako cząstkę mojej codzienności. Każdego dnia budzę się, wiedząc, że zaraz cię zobaczę. Myślę o tobie, troszczę się. To wszystko sprawia, że coraz bardziej się przyzwyczajam, a nie powinienem, bo wiem, że zostaniesz ze mną tylko do pewnego czasu - urwał, odważnie patrząc w zdziwione oczy bruneta.
Jongin zaniemówił, słysząc słowa, które z trudem wypowiedział starszy. Czuł się winny za to, że pozwolił chłopakowi żyć z myślą, że kiedykolwiek go opuści.
- Nie, Kyungsoo - zaśmiał się cicho, choć wewnątrz siebie czuł zjadające go obawy. - Nie zostawię cię. Nie teraz.
- Nie teraz? - powtórzył starszy, przybierając obojętny wyraz twarzy.
Jongin wziął głęboki oddech, wyszukując odpowiednich słów, by wytłumaczyć Kyungsoo sytuację w jakiej się znalazł. Musiał powiedzieć o policji, poszukiwaniu go i kłopotach jakie go prześladowały. Musiał wyznać mu prawdę i uświadomić, że dom Kyungsoo był z początku tylko schronieniem przed ścigającymi go służbami.
- To trudne - pokręcił głową.
- Racja. Znalazłeś się u mnie z dnia na dzień, a teraz staliśmy się dla siebie tak bliscy, że nie wyobrażam sobie bez ciebie mojego domu.
Słowa chłopaka uruchomiły niewidzialny mechanizm w sercu Jongina, który w jednej chwili poczuł, że nie może niszczyć tej chwili. Wyjaśnienia mogły poczekać. Pochylił się i układając dłonie na ramionach Kyungsoo złożył na jego ustach delikatny pocałunek, mający być swego rodzaju obietnicą.



10 czerwca. Seul.
- Nadal się obijasz? - parsknął Tao, wchodząc do gabinetu Oh.
Młodszy podniósł na niego wzrok, zamykając stronę przeglądaną właśnie w służbowym komputerze.
- Pracuję - skłamał, starając się wyglądać poważnie.
- Przeglądając katalogi z tortami ślubnymi?
Sehun spojrzał na monitor, po czym znów utkwił wzrok w przyjacielu.
- Okay, masz mnie - westchnął. - Przeglądałem stronę z tortami. Co w związku z tym?
- Absolutnie nic - Tao swobodnie rozsiadł się w fotelu po drugiej stronie biurka. - Chciałem tylko trochę porozmawiać.
- O co chodzi? - Sehun udał zainteresowanego, aby jego stary przyjaciel nie czuł się odrzucony.
- O ciebie - Huang nagle spoważniał. - Skąd nagle ta decyzja o ślubie? Ledwie zdążyłeś przedstawić nam swojego wybranka, a już planujecie się pobrać? O co chodzi?
Młodszy przełknął ślinę zamyślając się. Prędzej czy później ktoś musiał o to w końcu zapytać.
- Po prostu wiem, że to ten jedyny i nie zamierzam go znów stracić.
- To żaden powód - prychnął Tao, jakby naprawdę wiedział cokolwiek o związkach. - Przyznaj, że ktoś z zewnątrz musi nalegać na ten ślub. Słyszałem o takich sytuacjach wiele razy, więc jeżeli ktoś wywiera na tobie presję, lub wprost zmusza do ślubu to…
- Nie, Tao - wywrócił oczami Sehun. - Nikt nie zmusza mnie do ślubu.
- Dlaczego tak bardzo się pośpieszyliście?
- Bo chcemy jak najszybciej być razem.
- Sehun…
- Możesz mnie teraz zostawić? Mam całe stosy papierkowej roboty i dam głowę, że będę musiał znów zostawać po godzinach.
Tao wyczuł, że Sehun próbuje go spławić, jednak nie przyjął się tym zbyt i z gracją wstał, krokiem obrażonej divy kierując się ku drzwiom.
- Jeżeli będziesz chciał mi o czymś powiedzieć, powiedz - rzekł na odchodnym. - Zabawa w udawanie nigdy się dobrze nie kończy. Zawsze ktoś jest pokrzywdzony.



11 czerwca. Dom Kyungsoo.
Zapach gotowego śniadania rozbudził umysł Jongina, który czując poranny głód podniósł się z ciepłego łóżka, kierując w stronę źródła przyjemnej woni.
- Wychodzisz gdzieś? - spytał, widząc Kyungsoo, ubierającego buty w korytarzu.
- Tak - skinął głową starszy, zarzucając na ramię materiałową siatkę. - Muszę zrobić małe zakupy. Śniadanie zostawiłem ci na kuchence.
- Kiedy wrócisz?
- Za godzinę, może dwie.
Jongin skinął w odpowiedzi głową, znikając w kuchni, a niższy uśmiechając się lekko wyszedł na świeże, letnie powietrze, pachnące nadchodzącymi upałami. Wsiadł na rower i z pozytywnym uśmiechem na ustach skierował się w stronę miasteczka. Mijał szerokimi alejkami znajomych ludzi, uśmiechając się do nich przyjaźnie i pozdrawiając ich skinieniem głowy, pewny, że tak wspaniałego poranka nic nie będzie w stanie mu zepsuć.
Odwiedził kilka sklepów, kupił potrzebne produkty i kiedy stwierdził, że ma już wszystkie rzeczy ze swojej listy zakupów skierował się do domu, przejeżdżając przez główny plac, który dzisiaj wyglądał zupełnie inaczej, niż na co dzień. Grupa policji przesłuchiwała zebranych w jednym miejscu ludzi, notując ich zeznania w grubych brulionach. Kyungsoo nie wiedział o co chodzi, lecz ciekawość kazała mu iść wraz z innymi ludźmi w stronę funkcjonariuszy z brulionami.
- Przepraszam - rzekł przeciskając się przez grupę. - Skąd to całe zbiorowisko? Coś się stało?
Przez wiele lat w miasteczku nie działo się kompletnie nic, co wymagałoby udziału policji. Miejscowość, jak i jej mieszkańcy była bardzo spokojna i widok jaki zastał Do Kyungsoo z pewnością nie był codzienny.
- Poszukują kogoś, kto napadł na jakąś knajpę w centrum - odpowiedziała mu młoda kobieta, stojąca obok. - Podobno to młody chłopak. Jest poszukiwany listem gończym.
- Ma na koncie wiele przestępstw - wciął się starszy mężczyzna, którego Kyungsoo znał ze straganu z warzywami.
- Racja, lepiej, żeby szybko go znaleźli. Już dawno może być poza miastem - dodał kolejny starszy mężczyzna.
Kyungsoo poczuł niemiły skurcz żołądka.
- Jak wygląda ten chłopak? - spytał.
Jeden z mężczyzn wyjął wydrukowany list gończy ze zdjęciem młodego, poważnego szatyna, ubranego w szkolny mundurek.
- To on. Jego rodzina również go poszukuje. Jeżeli go widziałeś powinieneś złożyć zeznania - powiedział mężczyzna, a Kyungsoo poczuł, jak uginają się pod nim nogi.



11 czerwca. Seul.
- Jesteś jak zombie - skomentowała Lin, podczas przerwy na lunch, kiedy to razem z Chanyeolem była w trakcie jedzenia hamburgera, w jednej z niewielkich młodzieżowych knajpek.
- Wydaje ci się - odburknął Yeol.
- Nie - sprzeciwiła się poważnie dziewczyna.
To był pierwszy raz, kiedy Park usłyszał jej poważny ton. Zapowiadało się na jedną z tych poważnych, dołujących rozmów, których nienawidził.
- To przez mamę, czy przez niego?
- Przez nich - odparował chłopak, zupełnie nie próbując zmienić tematu.
Może tak naprawdę rozmowa była tym, czego od początku potrzebował?
- Zauważyłam, że już do niego nie dzwonisz… - Lin delikatnie uniosła rękę, odgarniając kosmyk włosów z twarzy Chanyeola. - Pokłóciliście się?
- Nie. Sam zrezygnowałem. Nie chcę tkwić w uczuciach, które są dla mnie destrukcyjne.
- To w sumie dobra decyzja.
- Dlatego zmieniłem telefon, załatwiłem sobie nowy numer - Chanyeol powędrował smętnym spojrzeniem w stronę komórki, leżącej obok niego na blacie. - Robię to wszystko, żeby zapomnieć, ale to na nic, bo nawet gdybym całkowicie zniszczył w sobie obraz Baekhyuna i tak będę o nim pamiętać.
Lin przez dłuższą chwilę wpatrywała się w chłopaka ze współczuciem w oczach, pocieszając go i milcząc razem z nim.
To był ten dzień, w którym obaj dowiedli, iż łącząca ich więź może być nazwana przyjaźnią.




11 czerwca. Dom Kyungsoo.
- Oszukałeś mnie.
Jongin podniósł wzrok znad jednej z pożyczonych z kolekcji Kyungsoo książek. Obawiał się, że wie o co chodzi. Jego gra zakończyła się w najgorszy możliwy sposób. W tamtej chwili był zupełnie bezbronny.
- Kyungsoo…
- List gończy? Policja? Przyznaj, że służyłem ci tylko jako przykrywka. Mój dom był tylko kryjówką, prawda? A te wszystkie czułe rzeczy były tylko po to, abym się nad tobą zlitował. Wykorzystałeś moją naiwność!
Widok czerwieniących się zaszklonych oczu starszego był jak sól na rany Jongina.
- Hyung, to nie tak - próbował się bronić, wiedząc, że zniszczył już wszystko. - Pozwól mi wyjaśnić.
- Policja będzie tu za kwadrans. Masz jeszcze szanse ucieczki.
Wszystkie słowa utknęły w gardle bruneta. Czyn Kyungsoo wydawał się tak absurdalny i głupi, a jednak uświadomił Jonginowi, że nie chciał ucieczki. Nie chciał już niczego, poza przebaczeniem ze strony Kyungsoo.
- Sam chciałem ci o tym powiedzieć - jego głos załamał się, nie na myśl o aresztowniu, lecz na myśl o starszym, który lada moment zostanie sam. - Tak bardzo żałuję, Kyungsoo.
Ciche słowa bruneta wydawały się szczere, jednak chłopak nie chciał w nie wierzyć. Myślał tylko o tym, jak bardzo wykorzystany i oszukany został, raniąc się wspomnieniami słodkich wyznań Jongina, które okazały się tylko kłamstwami.
- Nie powinienem ci ufać - wypowiedział tylko, odchodząc w stronę pokoju. - Przyniosę twoje rzeczy. Masz jeszcze dziesięć minut. Nie wydam tego, gdzie uciekłeś. Możesz iść.
- Hyung…
Kiedy Kyungsoo zniknął za drzwiami ich wspólnej sypialni, którą dzielili ze sobą przez te wszystkie dni, poczuł się jak śmieć. Czuł się winny, że pozwolił mu żyć w nieświadomości. Oparł się o framugę drzwi, przyglądając się po raz ostatni, jak jedyna osoba, która kiedykolwiek o niego dbała, wyjmuje z szaf rzeczy, które do niego należały, chwilami ocierając piekące oczy.
- Kyungsoo... - postanowił zacząć jeszcze raz. Cokolwiek by się stał nie mógł zostawić starszego bez słowa wyjaśnienia. - Gdybyś od początku wiedział o tym, co zrobiłem nigdy nawet nie próbowałbyś się do mnie zbliżyć.
Zaintrygowany słowami mężczyzna obrócił się w jego stronę, wręczając mu skromny pakunek. Kilka koszul, kosmetyków, szczoteczka do zębów.
- Nie chcę uwierzyć w twoje kolejne kłamstwa.
- Zabiłem człowieka - powiedział ze wstydem w głosie. - To nie jest kłamstwo.
Słowa uderzyły w Kyungsoo jak uderzenie młota, lecz nie czuł obrzydzenia, ani nienawiści do zbrodniarza, który w tej chwili zupełnie się przed nim otworzył. Czuł współczucie i troskę, myśląc o tym, jak zagubiony musiał być Jongin, aby zejść na tak okrutną drogę.
- Jongin…
Pukanie do drzwi.
- Tak bardzo cię przepraszam, hyung.

_____________________________________________
Wracam po dość długiej przerwie, bo chcę jeszcze w tym roku dokończyć do opowiadanie i być może zacząć coś nowego. 
Zauważyłam, że przybyło mi kilku nowych obserwatorów oraz podskoczyła liczba wyświetleń, co bardzo mnie cieszy. 
Oby tak dalej. Uwielbiam, kiedy mnie tak motywujecie


czwartek, 16 lipca 2015

"Roses" rozdział X

Tytuł: "Roses" <rozdział X>
Paring: HunHan (pobocznie BaekYeol, BaekYeon, KrisHo, KaiSoo)


(Polecam w trakcie czytania słuchania numerku 7 na playliście)



"Roses"
rozdział  X
11 maja. Pensjonat.
Poranek niósł ze sobą miłą zapowiedź słonecznego dnia. Wokół stolików zapełnionych gośćmi pensjonatu krążył Minseok w zawiązanym wokół bioder fartuszku w paski, roznosząc porcje jedzenia oraz sprzątając pozostałe brudne naczynia. Wokół unosił się znajomy zapach herbaty i grzanek z serem, przygotowanych przez Chena, co z każdą chwilą przypominało mężczyźnie o fakcie, że sam zapomniał dzisiejszego poranka o śniadaniu, co niezwykle potęgowało jego głód.
- Już wszystko?
Xiumin wręczył przechodzącemu obok Chenowi tacę, którą dotąd nosił i zaczesał ciemne pukle włosów, uśmiechając się beztrosko.
- Mam nadzieję, że tak.
- Twoje śniadanie czeka w kuchni. Powinieneś zjeść przed pracą - pouczył go Jongdae, samodzielnie zajmując się sprzątaniem pozostałych półmisków i sztućców.
Minseok skinął potulnie głową i skierował się do niewielkiej kuchni, w drodze rozwiązując fartuszek, który po chwili zawiesił na haczyku przytwierdzonym do drzwi kuchennych. Zatrzymał się w progu, zauważając obecność kogoś jeszcze i momentalnie zamarł, słysząc bezradne westchnienie, odbijające się od ścian pomieszczenia.
- Chanyeol?
Rudy podniósł głowę i uśmiechnął się lekko, widząc Xiumina, który zajął miejsce po drugiej stronie stołu.
- Cześć - wymamrotał, obejmując smukłymi palcami kubek ciepłej herbaty.
- Co tu robisz tak wcześnie? - spytał Minseok, oblizując usta na widok przygotowanego śniadania stojącego obok.
- Nocowałem tu.
- Tu? - Xiu spojrzał na przyjaciela, w trakcie przysuwania talerza parującej jajecznicy i grzanek bliżej siebie. - Dlaczego tu?
- Wynająłem pokój - odpowiedział Chanyeol znudzonym tonem.
- Chodzi mi o to, dlaczego nie śpisz w swoim domu?
Park smętnie spuścił wzrok.
- Moja mama niezbyt chętnie mnie przyjęła - przyznał cicho.
- Co się stało? - zainteresował się Minseok.
Już od dawna wiedział, że Chanyeol miał niemałe problemy ze swoimi rodzicami, a zwłaszcza a matką, która po rozwodzie z mężem zupełnie się rozpadła. Wiedział, że Yeol na każdym kroku starał się od rozweselić, sprawiać, żeby czuła się szczęśliwa, lecz ona traktowała syna jedynie jako balast. Zbędny ciężar, który nie pozwalał jej na pogodzenia się z rozstaniem i zapomnienie o mężu. Nie było więc dziwne to, że młody Park, po zaoszczędzeniu odpowiedniej sumy pieniędzy przysyłanych od ojca wyjechał na studia, gdzie zamierzał ułożyć sobie życie z dala od matki.
- Twierdzi, że jej dom nie jest już moim domem odkąd się wyprowadziłem - zaśmiał się rudy, pozbawionym radości śmiechem. - Twierdzi, że jestem śmieciem i musi się mnie pozbyć.
Minseok zamarł, nie wierząc w słowa przyjaciela. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, aby własna matka Park Chanyeol pozbawiła go dachu nad głową w rodzinnym mieście.
- To straszne - przyznał Minseok.
- Wiem - pokiwał głową Chan, powoli sącząc łyk przyjemnie ciepłego napoju.
- Co zamierzasz z tym zrobić?
 Chanyeol zamyślił się, w roztargnieniu poprawiając kołnierzyk swojej paskowanej koszulki polo, po czym bezradnie wzruszył ramionami. Nie wiedział czy powinien robić w takiej sytuacji cokolwiek.
 - To chyba moja ostatnia wizyta tutaj - odpowiedział niemal szeptem. - Odwiedziny was utrudniają mi całkowite przeniesienie się do Seulu. Nie chcę was zostawiać, a z drugiej strony wiem, że muszę. Muszę dorosnąć.



11 maja. Dom Kyungsoo.
Kyungsoo poruszył się niespokojnie, czując jak materac jego wąskiego łóżka ugina się pod dodatkowym ciężarem, a wokół robi się wyjątkowo niewygodnie i ciasno. Nim zdążył otworzyć oczy, poczuł czyjeś silne ramię, które zacisnęło się wokół jego pasa jak boa dusiciel, przyciskając go do czyjegoś rozgrzanego torsu okrytego cienkim materiałem koszulki pachnącej męskim dezodorantem.
 - Jongin - wymruczał tylko sennym głosem. - Złaź z mojego łóżka.
 Brunet poluźnił swój uścisk, wlepiając w Kyungsoo błagalne spojrzenie.
 - Twój materac jest bardziej miękki niż ten na łóżku gościnnym, hyung - odpowiedział, uśmiechając się niewinnie.
 Kyungsoo w odpowiedzi odwrócił się przodem do przyjaciela i siłą swoich wątłych ramion próbował zepchnąć go z posłania, na którym ledwo mieścili się we dwoje.
 - To łóżko nie jest stworzone dla dwójki ludzi - prychnął, nim w końcu zrezygnowany schował swoje dłonie pod kołdrą i mimowolnie wtulił się w tors Jongina.
 - Mam inne zdanie na ten temat - wyszeptał miękko Kai. - Gdybyś się tak nie szarpał i przysunął bliżej z pewnością byłoby wygodniej.
 Starszy podniósł wzrok i parsknął śmiechem na widok wpółprzymkniętych oczu, patrzących na niego spod długich rzęs, pełnych ust ułożonych w lekkim uśmiechu i zmęczonej twarzy okalanej splątanymi, czarnymi pasmami.
 - Wyglądasz jakbyś od lat nie widział grzebienia - rzekł nieco łagodniej Kyungsoo, unosząc dłoń i przeczesując palcami pukle włosów bruneta, który korzystając z sytuacji przysunął się bliżej, wtulając twarz w zagłębienie szyi chłopaka.
 - Płakałeś dziś przez sen, hyung.
 Kyungsoo zamarł, słysząc słowa przyjaciela.
 - Co? Skąd wiesz?
 - Usłyszałem. Dlatego przyszedłem - oddech Kaia parzył delikatną skórę na szyi Kyungsoo. - Miałeś koszmar.
 - Nie miałem - skłamał starszy.
 - Miałeś.
 Zdecydowany ton głosu młodszego sprawił, że po plecach Kyungsoo przeszedł dreszcz. Nie mógł pojąć jak Kaiowi udało się go tak szybko przejrzeć. Dotychczas myślał, że jest silny, zdecydowany, stanowczy. Myślał, że nikt nie zburzy muru wokół niego, że nikt nie dotrze do jego środka i nie pozna właściwego Kyungsoo, a tymczasem Kim Jongin zrobił to w przeciągu kilku tygodni, sprawiając, że D.O. wariował. Nie potrafił traktować Kaia jak wroga, mimo, iż ten wielokrotnie naruszał jego przestrzeń. Był zagrożeniem. Zamiast tego traktował bruneta jak anioła stróża, bo to właśnie przy nim czuł się tak bezpiecznie, jak jeszcze nigdy w życiu. Był jedyną osobą, przy której Kyungsoo mógł poczuć ciepło.




11 maja. Pensjonat.
Delikatność, czułe słowa i bliskość Sehuna.
To właśnie Luhan zapamiętał z ostatniej nocy, która była przypieczętowaniem ich zaręczyn. Przeciągnął się na łóżku, czując na swoim karku ciepły oddech młodego mężczyzny i z uśmiechem odwrócił się do niego. Jego nieodwzajemniona miłość z lat wczesnej młodości była teraz jego narzeczonym.
 - Dzień dobry, Lu - miękki szept otulił jego ciało jak puchowy koc.
 - Hej - na twarzy Luhana zajaśniał delikatny uśmiech, kiedy Oh z czułością ucałował jego czoło. Uwielbiał, kiedy jego świeżo upieczony narzeczony obsypywał go delikatnymi, czułymi gestami.
 - Nie chce mi się myśleć, że wieczorem wracamy - westchnął Sehun, przesuwając dłoń wzdłuż ramienia starszego, by po chwili spleść ich palce razem.
 - Racja. Ale Seul nie jest aż tak złym miejscem - przyznał cicho Luhan. - Powoli się przyzwyczajam.
 - Wolałbyś mieszkać tutaj, prawda?
 Pytanie Sehuna zbiło starszego z tropu. Odwrócił się twarzą do młodszego i ułożył dłonie na jego policzkach, ilustrując wzrokiem jego piękna twarz. Z każdym dniem Sehun był piękniejszy.
 - Mieszkanie w Seulu mi nie przeszkadza, ale szczerze mówiąc chyba naturalne jest to, że wolałbym moje rodzinne miasto, prawda? - powiedział przyciszonym głosem, głaszcząc kciukami policzki młodszego.
 - Zamieszkamy gdzie tylko będziesz chciał - uśmiechnął się Sehun, przelotnie całując usta mężczyzny.
 Luhan odwzajemnił delikatnie pocałunek, choć szczerze wątpił, że Oh spełni jego obietnicę. Miał przecież pracę i obowiązki, które mocno trzymały go przy stolicy. Nie mógł nagle wyjechać, zniknąć. To byłoby zbyt bezsensowne.
 Nie chciał by Oh zbyt dużo dla niego poświęcał, bo wciąż żyła w nim obawa, że na to nie zasługuje.


11 maja. Dom Kyungsoo. 
- Opowiedz mi o nich - zaczął Jongin.
Widelec Kyungsoo zatrzymał się w połowie drogi do ust.
- O czym?
- O koszmarach. Długo je masz?
- Daj spokój - wywrócił oczami starszy. - Nie chcę o tym mówić.
- Muszą być naprawdę straszne, skoro tak bardzo unikasz tematu - westchnął Jongin, upijając łyk soku z wysokiej szklanki.
Dzień był upalny i obaj zdecydowali się zjeść obiad na podwórku, siedząc przy plastikowym stole na składanych krzesłach.
- Bo są.
- Będziesz musiał mi kiedyś o nich opowiedzieć.
Kyungsoo podniósł wzrok i przez chwilę wpatrywał się nieruchomo w Jongina grzebiącego widelcem w swojej porcji.
- Tak samo jak ty będziesz musiał mi powiedzieć czemu nie możesz pokazywać się w miasteczku.
Trafił w czuły punkt Kaia. Czuł to.
Zbity z tropu brunet odłożył widelec na brzeg talerza.
- Nie mogę - odparł.
- Dlaczego?
- To trudne. Nie zrozumiesz - pokręcił energicznie głową.
- Jongin - rzekł stanowczo. - Prędzej czy później i tak się dowiem.
Kai spuścił smętnie wzrok.
- Ufasz mi?
Kyungsoo zamarł na chwilę w bezruchu, sparaliżowany pytaniem młodszego. Odpowiedź na nie była trudna i bez problemu mogła zranić ich oboje.
- Dlaczego pytasz? - mruknął, próbując udawać obojętność.
- Chcę wiedzieć - rzekł Kai. - Ufasz mi?
Kyungsoo przełknął kęs mięsa i poczuł jak jego gardło się ściska. Miał ochotę wybuchnąć płaczem, spowodowanym obrazami, które nagle zaczęły przesuwać się w jego głowie.
Pijany Jongin w barze.
Śpiący Jongin w jego pokoju gościnnym.
Jongin mówiący, że chce się w nim zakochać.
 Zmartwiony Jongin pytający o koszmary.
 - Jongin...
 - Powiedz.
 Zamknął oczy.
 - Oczywiście, że ci ufam.

11 maja. Pensjonat.
- Już idziesz? - spytał Chen, widząc Chanyeola kierującego się w stronę wyjścia.
- Tak - skinął głową rudy. - Mam pociąg za pół godziny. Wolę się nie spóźnić.
- Rozumiem - odparł chłopak.
- Do zobaczenia - rzucił ze smutnym uśmiechem Park, otwierając drzwi.
- Kiedy znów nas odwiedzisz? - zatrzymał go Chen.
Mężczyzna ustał w progu i spuścił głowę w zamyśleniu.
- Nie szybko.
Jongdae pokiwał powoli głową. Przygnębienie Chanyeola było doskonale widoczne i Chenowi było żal przyjaciela, który oprócz odrzucenia ze strony obiektu swoich westchnień zmagał się również z odrzuceniem ze strony matki.
Park był dobrym człowiekiem, wspaniałym przyjacielem i kochającym synem, jednak nikt nie potrafił go docenić. Na każdym kroku spotykał trudności, które zazwyczaj pokonywał z uśmiechem na ustach, każdą porażkę obracając w żart, jednak kiedy jego relacje z najbliższymi osobami zaczęły się sypać energia Chanyeola umarła. Nie potrafił już śmiać się bez powodu. Jakaś cząstka niego bezpowrotnie odeszła.

Wyszedł na rześkie wiosenne powietrze, zaciągając się zapachem późnego popołudnia i z bólem serca skierował swoje kroki w stronę dzikiej plaży. Nie zmierzał iść od razu na dworzec. Nie teraz.
Nad wodą panowała cisza zakłócana śpiewem ptaków i szumem liści oraz fal rozbijających się o skalisty brzeg. Park wdrapał się na stromy pagórek, którego zbocze ogrodzone było drewnianym płotkiem. Porośnięty był wysoką trawą, a z dala malował się piękny, zapierający dech w piersiach widok na ciemne wody jeziora, czyste niebo upstrzone różnokolorowymi chmurami i oddalony zarys drugiego brzegu.
Oparł się o barierkę i chłonął ten obraz całym sobą, przypominając sobie najlepsze chwile swojego życia.
To Baekhyun pokazał mu to miejsce.
Kiedy obaj mieli dziesięć lat posiadanie swojego tajnego miejsca było priorytetem każdego dzieciaka. Oni znaleźli swoje zbocze u szytu pagórka nad jeziorem, otoczone drewnianą barierką, na której wielokrotnie markerem podpisywali się i zostawiali sobie wiadomości. To miejsce było pełne wspomnień dni, kiedy nic nie było skomplikowane. Życie było proste i beztroskie, a Chanyeol nie musiał całymi dniami żyć czując nieokreślony ból gdzieś wewnątrz klatki piersiowej. Nie było zmartwień ani odrzucenia.
Usiadł na wilgotnej trawie, opierając się plecami o starą, spróchniałą już barierkę, na której wciąż widniały ich podpisy i zostawiane wiadomości.
P.C + BB
Przyjaciele na zawsze
Nie zapomnij oddać mi jutro książki ~ 23.08 B.B
Jesteś moim najlepszym przyjacielem ~ 6.01 B.B
Schowałem pod kamieniem żelki. Są dla ciebie ~ 14.05 P.C
Przyjdź tu jutro po obiedzie. Będę czekał ~ 25.09 B.B
Przepraszam, że pobrudziłem ci sweter ~ 17.03 P.C
Tęsknię za tobą, Yeollie ~ 2.05 B.B
Mam dla ciebie niespodziankę ~ 26.04 P.C
Na zawsze zostaniemy razem, ok? ~ 28.09 B.B
Na zawsze ~ 29.09 P.C

Ze łzami w oczach przejechał palcami po zapisanymi markerem słowami i wrócił wspomnieniami do dnia, kiedy wszystko było piękne. Widział, że Baekhyun z pewnością zapomniał już o ich miejscu, jednak tknięty niewidzialną siłą wyjął z torby marker.
Jego zapach kojarzył się z dawnymi latami, a Chanyeol sam nie wierzył w to, co właśnie robił.
Pochylił się nad drewnianą powierzchnią i wyszukawszy wolnego miejsca w stosie wiadomości i innych podpisów, napisał.
Był naiwny, jeżeli wierzył, że Baekhyun kiedykolwiek odczyta te słowa.
Zostawiwszy ostatnią w swoim życiu sekretną wiadomość w ich własnym sekretnym miejscu wstał i odszedł, rzucając ulotne spojrzenie na barierkę i świeżo napisany tekst.
Nie chciałem się w tobie zakochać, naprawdę. Przepraszam za wszystko ~ 11.05 P.C



13 maja. Dom Kyungsoo.
Krzyki.
Krzyki i płacz, a następnie ból i przeraźliwe zimno.
Mały chłopiec potarł piąstką zaspane oczy, w których natychmiast zebrały się łzy.
Rozejrzał się w poszukiwaniu mamusi, lecz jedynym co zobaczył był ON, stojący w progu jego pokoju z zaciętym wyrazem twarzy.
Chłopiec skulił się.
Nie chciał znów płakać.
- Gdzie ta dziwka? - rzucił mężczyzna plugawym tonem.
Chłopiec pokręcił głową.
- Nie wiem - wyszeptał, choć najpierw chciał poprosić mężczyznę, by nie nazywał tak mamusi.
- Nie wiesz? - powtórzył ostro, a mały Kyungsoo skulił się w sobie.
- Nie - pokręcił głową.
Minęło kilka dłużących się sekund, nim mężczyzna podszedł do łóżka chłopca i uderzył go w twarz. Łzy wypłynęły z oczu małego Kyungsoo, wraz z myślą, że mamusia już nie wróci.

- Kyungsoo…
Kyungsoo otworzył oczy, czując na policzkach ślady łez i oplatające go silne ramiona.
- Już dobrze, Kyungsoo… - Jongin uspokajająco pogłaskał go po włosach, przytulając mocno. - To był tylko sen.
- Wiem - przyznał szeptem chłopak, pozwalając sobie wtulić się w ciepłe ciało bruneta.
- Nie bój się - głos Jongina był ciepły, troskliwy, czuły. Przy nim wszystkie obawy przestawały mieć znaczenie, a Kyungsoo w końcu mógł poczuć co znaczy prawdziwe uczucie bezpieczeństwa.
Otarł łzy wierzchem dłoni i spojrzał na Jongina, który wyglądał na wyjątkowo zmartwionego.
- Już się nie boję - wyszeptał, uśmiechając się delikatnie i uniósł dłoń, by przygładzić nią roztrzepane włosy bruneta.
Jongin nachylił się i troskliwie ucałował jego czoło, odgarniając z niego niesforne kosmyki.
- Pamiętaj, że tu jestem. Już nic ci nie gorozi - wyszeptał spokojnym głosem, który z łatwością utulił Kyungsoo do snu.



13 maja. Dom Baekhyuna.
Yixing wziął szklankę soku z drżących dłoni Byuna, zajmując miejsce na kanapie w salonie. Mama Baeka kręciła się gdzieś po ogrodzie, a cichy poranek zagłuszał dźwięk kosiarki sąsiadów.
- Kiedy pojechał?
- Chen mówił, że trzy dni temu - odpowiedział cicho Lay.
Baekhyun westchnął, jakby słowa nie były w stanie przejść mu przez gardło. Wyglądał na zmęczonego: blada cera, zapadłe policzki, cienie pod oczami. Zdecydowanie nie prezentował się najlepiej od dnia spotkania z Park Chanyeol pod jego domem, w trakcie spaceru z Taeyeon. Głupia zabawa zaczęła przeradzać się labirynt bez wyjścia, w którym obaj na próżno doszukiwali się siebie.
- Jego matka - zaczął Baek cicho, jakby jego głos był zbyt słaby, by wypowiedzieć słowa głośniej. - Jego matka zawsze taka była, ale… nigdy nie posunęła się do czegoś takiego. Tak bardzo mi go żal.
- Mi również - przytaknął Yixing.
- To wszystko musiało go przerosnąć - mruknął bardziej do siebie, niż do towarzysza.
- Masz rację.
- Co powinienem zrobić?
Pytanie Baekhyuna zawisło w powietrzu.
Yixing spojrzał na niego z pewnym wahaniem w oczach, po czym uśmiechnął się smutno.
- Nie załamuj się. Jeszcze nie wszystko stracone - rzekł.
- Nie uda mi się tego naprawić - Baekhyun zmarszczył brwi, a jego oczy lekko się zaszkliły. Nie uda mi się naprawić Park Chanyeola, dodał w myślach.

Krótko po wyjściu Yixinga, Baekhyun narzucił na siebie bluzę i wyszedł z domu, uprzedzając matkę, że późno wróci. Przeszedł kilka ulic, aż dotarł do niewielkiej kwiaciarni, pachnącej farbowanymi różami, kwiatami donniczkowymi i bukietami. Nie lubił tego miejsca.
Mały dzwoneczek u drzwi powiadomił kobietę za ladą o jego obecności, a ta uśmiechnęła się szeroko.
- Baekhyun? Co cię tu sprowadza? - spytała, wychodząc mu na przywitanie, jednak mężczyzna nie miał zamiaru się z nią witać.
- Musimy porozmawiać - rzekł oschłym, rzeczowym tonem.
- Coś się stało? - spytała, a uśmiech wyparował z jej rumianej twarzy.
- To koniec, Tae - powiedział i poczuł ukłucie w sercu, na myśl, że zerwanie tej więzi tak łatwo mu przyszło.
Widział, że Taeyeon poczuje się zraniona. Wiedział też, że Chanyeol musiał poczuć się o wiele bardziej zraniony.
- Ty… - dziewczyna zaniemówiła, wiedząc, że żadne słowa nie są w stanie opisać jej uczuć. - Zrywasz ze mną? - spytała z lekkim bólem.
- Tak. To nie miało przyszłości - odparł zimnym tonem Baek.
- Nie rozumiem…
- Nie jesteś osobą, z którą chciałbym być.
Słowa uderzyły Taeyeon jak sztylet wbity w plecy.
- Dlaczego mówisz mi to dopiero teraz? - spytała, marszcząc brwi.
Baekhyun wziął głęboki oddech, układając w głowie odpowiednią odpowiedź.
- Wiele rzeczy do mnie dotarło - rzekł. - W ostatnich dniach naprawdę wiele się zmieniło. Ja się zmieniłem. Nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Będąc z tobą ranię i ciebie i mnie. Zakończmy to.
Tae spuściła wzrok na swoje zdbane dłonie, trawiąc w myślach słowa Baekhyuna.
- Rozumiem - uśmiechnęła się smutno. - Mam tylko nadzieję, że będziesz szczęśliwy z tą osobą. Ona z pewnością da ci to, czego nie dałam ci ja.
- Nie czuj się winna. To musiało prędzej czy później nastąpić.
- Wiem - dziewczyna założyła za ucho kosmyk włosów. - Rozumiem cię i nie mam ci tego za złe.
- Cieszę się, że tak to przyjęłaś - mruknął Baekhyun. - Do zobaczenia, Tae.
- Do zobaczenia, Baek - odpowiedziała, uśmiechając się smutno. - Mam nadzieję, że ta wyjątkowa osoba uczyni cię szczęśliwszym, niż jesteś teraz.
Baekhyun odwrócił się i odwzajemnił smutny uśmiech.
- A ja mam nadzieję, że spotkasz w końcu mężczyznę, który będzie na ciebie zasługiwał.

Miał ochotę płakać i równocześnie się śmiać, bo właśnie wszedł na dobrą drogę, by to wszystko odkręcić. Chciał wykrzyczeć całemu światu jak bardzo żałuje tego, co było wcześniej. Chciał powiedzieć Chanyeolowi o tym, co właśnie sobie uświadomił. Chciał, żeby jego olbrzym wrócił jak za starych dobrych lat i nadal potrafił śmiać się w ten zaraźliwy sposób.



15 maja. Pensjonat.
- Wszystko idzie po naszej myśli, Xiu - Chen pochylił się nad krzewem róż, podlewając je z uczuciem.
- Martwię się - rzekł nagle starszy, który dotąd zajęty był podziwianiem widoków z werandy.
- Czym?
- Jak zareaguje na to Lu. Powinniśmy go uprzedzić - zmarszczył brwi.
- Nie. To zły pomysł - pokręcił głową Jongdae, odstawiając blaszaną konewkę. - Dobrze wiesz jak by na to zareagował. Cały czar ich miłości prysłby.
- To nie w porządku - argumentował stale Xiumin. - Jako przyjaciele powinniśmy mu mówić o wszystkim. Zachowujemy się nielojalnie ukrywając przed nim testament. Powinien go zobaczyć.
Chen westchnął, wyobrażając sobie minę Luhana, kiedy dowiedziałby się, że jego ślub z Sehunem ma na celu nie tylko połączenie ich jako małżeństwa, ale też uratowanie pensjonatu.
- Nie, Minnie. Pozostańmy przy starej wersji. Dowie się po ślubie.
- Będzie miał nam to za złe - rzekł ostro Minseok.
- Będzie miał nam za złe jeżeli zniszczymy jego związek tym cholernym testamentem! - wybuchł młodszy. - Nie rozmawiajmy o tym, okay? Ślub się jeszcze nie odbył.
Minseok spojrzał na niego spod roztrzepanej grzywki i poprawił mankiety koszuli wystającej spod czarnego swetra w białe paski.
- Rób co chcesz - wymruczał pod nosem. - Pamiętaj tylko, że to szczęście Luhana jest tu najważniejsze.



15 maja. Dom Kyungsoo.
- Często je masz?
- Tak - pokiwał głową chłopak. - Od dziecka.
- To musi być straszne, prawda? - spytał Kai miękkim głosem, który zawsze sprawiał, że Kyungsoo czuł wewnątrz nieznane ciepło.
- Tak - skinął znów głową.
- Czy to jakaś pozostałość po wspomnieniach z dzieciństwa?
Kyungsoo drgnął, słysząc, że Jongin trafił w sedno. Wielka, bolesna tajemnica w końcu miała wyjść na jaw.
- Tak.
- Opowiedz mi.
Starszy podniósł wzrok, spotykając się z troskliwym spojrzeniem ciemnych oczu bruneta i w odpowiedzi pokręcił przecząco głową, czując miliony barier osaczających go. Nie mógł się przed nim otworzyć. Nie umiał. Zbyt dużo myśli blokowało go, przypominając o konsekwencjach.
- Nie. Nie mogę.
- Opowiedz - nalegał Jongin. - Chcę wiedzieć, aby móc pokonać ten problem razem z tobą, rozumiesz? Moje wsparcie może okazać się potrzebne.
Kyungsoo przełknął ślinę, starając się powstrzymać łzy, które zamazywały mu obraz za każdym razem, kiedy wspominał gorzki okres swojego dzieciństwa.
Przemoc.
Płacz.
- Nie lubię o tym mówić - wyszeptał, nim Kai ułożył dłonie na jego policzkach i złączył ich czoła razem, patrząc mu w oczy.
- Dasz radę, hyung. Jestem tu - rzekł przyciszonym głosem. - Jestem tu dla ciebie.
Kyungsoo uśmiechnął się blado, bo czując przy sobie ciepło Jongina wiedział, że nie ma bariery, której nie potrafiłby pokonać.
- Moja rodzina była zwykłą rodziną - zaczął. - Tata pił. Dużo pił. Nie chodził do pracy, chociaż ciągle obiecywał, że zacznie. Później w ogóle to olał. Byliśmy dla niego tylko ciężarem - umilkł na chwilę, przełykając łzy. - Był nałogowym graczem. Hazard był dla niego ważniejszy ode mnie i mamy. Bił nas, krzyczał. Nie miał zahamowań. Potrafił zrobić awanturę w środku nocy, niszcząc wszystko. A ja nie potrafiłem niczego ochronić.
Jongin w milczeniu obserwował, jak po policzkach Kyungsoo spłynęły łzy.
- To było okrutne - zaczął znów, drżącym, łamiącym się z każdym słowem głosem. - Patrzeć jak ktoś znęca się nad jedyną osobą, którą kochasz i nie móc nic zrobić. Nienawidziłem tego. Nienawidziłem siebie za to, że jestem tak słaby.
- Mów dalej, Kyungsoo - zachęcił go Jongin, kciukami ścierając łzy z jego mokrych policzków.
- Pewnej nocy... pewnej nocy mama odeszła. Nie mogliśmy jej znaleźć. Zniknęła. Dopiero następnego dnia rano ja… ja… - Kyungsoo zaniósł się jeszcze większym płaczem. - Odebrała sobie życie. Zostawiła mnie. Zostałem sam.
Jongin był wstrząśnięty wyznaniem starszego. Nie chciał wiedzieć więcej, widząc ile trudu kosztuje chłopaka wypowiedzenie choćby kilku zdań.
- Cii… - szepnął, obejmując wątłe ciało Kyungsoo ramionami. - Tak bardzo mi przykro, Kyungie. Tak cholernie mi przykro - sam ledwie utrzymywał łzy, patrząc na szlochającego towarzysza.
- Nocami prześladują mnie koszmary - wyszeptał starszy, obejmując mocno szyję Jongina. - Jest w nich moja mama i on… a ja jak zwykle jestem sam i nie mogę nic zrobić. Jestem zbyt słaby, by obronić nawet samego siebie.
- Nie mów tak - szepnął ciepłym głosem Jongin, wprost do ucha Kyungsoo. - Nie mów tak, bo od dzisiaj nie jesteś już słaby i bezbronny. Od dziś ja będę twoją siłą, okay? Będę cię chronił i pilnował, abyś już nigdy więcej nie doznał żadnego cierpienia.
Kyungsoo słuchał słów bruneta w zamyśleniu i poczuł ciepło rozlewające się w jego sercu. Wiedział, że nie powinien przywiązywać się do Kaia, jednak teraz był pewny, że już na zawsze pragnie go przy sobie zatrzymać.
Tej nocy Do Kyungsoo po raz pierwszy nie został obudzony przez koszmar.



20 maja. Dom Baekhyuna.
Od dnia zerwania z Taeyeon Baekhyun układał plan przeproszenia Park Chanyeola i wyjawieniu mu całej prawdy. Liczył dni do jego przyjazdu, za każdym razem czekając na dworcu każdego piątku o godzinie osiemnastej, kiedy to ostatni pociąg z Seulu zatrzymywał się na peronie.
Nigdy niestety nie udało mu się spotkać Chanyeola, a jego serce bolało coraz bardziej, bo wiedział, że jego przyjaciel musiał cierpieć.
Próbował dzwonić, pisać, ale to wszystko szło na marne, bo Park zachowywał się tak, jakby wymazał ze swojej przeszłości nazwisko Byun Baekhyun.

- Baekhyun… - zaczął pewnego dnia Yixing, kiedy siedzieli na werandzie pensjonatu. - Dlaczego każdego piątku na niego czekasz?
- Chcę go spotkać - odpowiedział bez zastanowienia Byun. - Muszę go przeprosić i to wszystko naprawić. Przecież już ci o tym mówiłem.
- Chanyeol nie przyjedzie - wciął się Chen.
- Czemu? - spytał słabym głosem Baekhyun.
- Powiedział, że odwiedzanie nas nie pozwala mu ułożyć sobie życia w Seulu - wyjaśnił Minseok. - Poza tym po kłótni ze swoją mamą nie ma ochoty odwiedzać miasteczka. Rozumiem go.
Baekhyun spuścił głowę, przełykając gorzki smak rozczarowania.
Czy to możliwe, że jego czas na naprawę błędów już minął?

Wracając do domu, skierował smętne spojrzenie w stronę wysokiego pagórka nad jeziorem, otoczonego drewnianą barierką. Znał to miejsce bardzo dobrze i za każdym razem, gdy je mijał na jego twarzy malował się szczery uśmiech. To tam na drewnianej powierzchni barierki zapisane były ich najlepsze wspomnienia.
Sam nawet nie wiedział, kiedy zapragnął jeszcze raz przeczytać wszystkie wpisy na drewnianych deskach płotu i ignorując wszystko i wszystkich, ruszył w stronę ciemniejącego w oddali jeziora.

Powietrze smakowało tak samo jak wiele lat tamu, kiedy to miejsce było jego drugim domem, dzielonym z Chanyeolem. Wiatr rozwiewał jego włosy, a Baekhyun zatonął w widokach za barierką, starając się przywołać najlepsze wspomnienia. Było ich wiele. Cała ich przyjaźń składała się z milionów dobrych chwil. Małe kłótnie i spięcia nie miały znaczenia, kiedy obaj wiedzieli, że bycie przy sobie jest tym, do czego pragną dążyć.
Wtedy Baekhyun nie rozumiał swoich uczuć i czuł się potwornie głupi, kiedy orientował się, że dopiero niedawno odważył się sam przed sobą przyznać do miłości, która przez długi czas trawiła jego młode serce.
Wpisy na drewnianych deskach wyraźnie wyblakły, jednak to nie przeszkadzało mu w czytaniu ich. Pochłonęły go stare wiadomości, inicjały wyryte za pomocą scyzoryka Chanyeola i inne bazgroły, które kiedyś nie były dla niego tak ważne, jak teraz. Jego oczy zaszły łzami, lecz sam nie widział z jakiego powodu. Śmiał się i płakał na przemian, wspominając słodkie dni dzieciństwa, kiedy miłość jego życia nosiła jeszcze miano najlepszego przyjaciela.
Zatrzymał się przy ostatnim wpisie ukrytym w rogu barierki. Nie był wyblakły. Wyglądał, jakby ktoś napisał go całkiem niedawno. Zaciekawiony szatyn pochylił się i zaszklonymi oczami zilustrował dwa zdania zapisane schludnym pismem dorosłego, poważnego człowieka.

Nie chciałem się w tobie zakochać, naprawdę. Przepraszam za wszystko ~ 11.05 P.C

Wtedy łzy na dobre wyciekły z oczu Baekhyuna wraz z cichym szlochem, który wyrwał się z jego gardła, gdy chłopak zorientował się, jak brutalnie odrzucił osobę, która była jego całym światem zamkniętym w skórze wesołego rudzielca o wiecznie śmiejących się oczach.