Tytuł: "Roses" <rozdział XI>
Paring: HunHan (pobocznie BaekYeol, KrisHo, KaiSoo)
“Roses”
rozdział XI
5 czerwca. Dworzec.
- Dlaczego znowu to robisz?
Baekhyun podniósł głowę, dostrzegając nad sobą zmartwioną twarz przyjaciela.
- Dlaczego co robię? - spytał, unosząc brwi.
- Dlaczego tu siedzisz? - odparł Yixing. - Przecież dobrze wiesz, że nie przyjedzie. Nie ma się nawet gdzie zatrzymać.
Baekhyun spuścił wzrok zrażony tymi słowami i beznamiętnie przygryzł wargę.
- Kiedyś w końcu przyjedzie, Lay - rzekł cichym, pustym głosem. - A wtedy ja będę tu czekał, bo nie przegapię żadnej okazji, żeby to wszystko odkręcić.
- Baekhyun… - Yixing westchnął cicho. - Myślę, że ten plan nie wypali.
- Mam inne zdanie na ten temat.
- Chodzi o to, że… nie pomyślałeś przypadkiem, że do tego czasu Chan zdąży o wszystkim zapomnieć? Znajdzie kogoś innego. Znajdzie też inny dom.
Byun zamarł, słysząc słowa przyjaciela.
Czy Chanyeol naprawdę byłby w stanie zapomnieć o wieloletniej przyjaźni? Czy zapomniałby o rodzinnym miasteczku? O ich wspólnym miejscu? O ukrytych wiadomościach?
- Nie, Yixing. On wróci.
5 czerwca. Seul.
Sehun w roztargnieniu przeczesał włosy, siedząc na kanapie z laptopem na kolanach, chwilami rzucając krótkie spojrzenia w stronę Luhana kręcącego się po salonie.
- Co robisz? - zapytał nagle, czując na sobie wzrok starszego.
- Ścierałem kurze. Sam chyba nigdy nie nauczysz się sprzątać - parsknął tamten w odpowiedzi.
Sehun zaśmiał się cicho, słysząc opryskliwy ton narzeczonego.
- Zwykle inaczej spędzamy nasze piątkowe wieczory, Lu - wymruczał, nieodrywając wzroku od ekranu laptopa.
- Racja, ale ten kurz mnie irytował - wywrócił oczami brunet.
- Pedant - parsknął pod nosem Sehun, nim poczuł, że kanapa ugina się pod dodatkowym ciężarem drugiej osoby.
- Co oglądasz? - spytał Lu, próbując zajrzeć młodszemu przez ramię.
Sehun objął go delikatnie ramieniem, pozwalając zobaczyć cały ekran laptopa, oraz wyświetlaną aktualnie stronę, której widok sprawił, że na twarzy starszego zajaśniał zdziwiony wyraz.
- Em… Dream&Wedding? To nie jest przypadkiem firma organizująca śluby? - spytał Lu, krzywiąc się lekko.
- Tak - skinął głową Sehun. - To właśnie ta firma.
- Po co przeglądasz ich stronę?
- Ech, pomyśl. Skoro ci się oświadczyłem przyszedł chyba czas, abyśmy zostali małżeństwem, prawda?
- Ale… - głos Luhana ugrzązł w gardle, kiedy ten zobaczył ciepły uśmiech na twarzy Sehuna i jego uśmiechające się uroczo oczy.
Przez tyle czasu do niego jeszcze nie docierało to, że miłość jego życia chce się z nim związać na zawsze. Wydawało mu się to zbyt piękne.
- Kiedy? - wymruczał cicho. - Kiedy zamierzasz brać ten ślub?
- Chciałeś chyba powiedzieć kiedy my zamierzamy brać ślub, prawda? - na twarzy Sehuna znów wymalował się ten chłopięcy uśmiech.
- Racja - skinął głową Lu, leniwie wtulając się w jego ramię.
- Powinniśmy już zacząć planować. Jeszcze w tym miesiącu chcę móc nazwać cię moim mężem.
- W tym miesiącu? - powtórzył Luhan. - Nie uważasz, że to za szybko? Nie uda nam się nic rozplanować.
- Cóż… - dłoń Sehuna leniwie przesunęła się po plecach starszego. - Szczerze mówiąc już wcześniej nawiązałem współpracę z Dream&Wedding i od piętnastego maja planujemy uroczystość. Wolałem ci nic nie mówić, bo wiedziałem, że tak zareagujesz, kochanie.
- Ale… - głos Lu znów się urwał.
- Nie miej mi tego za złe. Zwyczajnie chciałem wziąć sprawy w swoje ręce - usprawiedliwił się Oh, uśmiechając lekko.
- W takim razie co udało ci się już rozplanować?
- Ceremonia odbędzie się w pensjonacie. Dużo kwiatów, gości, wielki tort. Co ty na to?
- Pomyślałeś chociaż przez chwilę ile to będzie kosztować? - parsknął śmiechem Lu.
- Mam wystarczająco dużo oszczędności, by pokryć koszty naszego ślubu - odparł Sehun. - I pogódź się z faktem, że niedługo zmienisz nazwisko na Oh.
Luhan zaśmiał się cicho, czując ciepłe usta Sehuna, zostawiające miękki pocałunek na jego policzku.
- Oh Luhan… Nawet fajnie brzmi - uśmiechnął się, czule przeczesując palcami włosy młodszego.
- Brzmi idealnie - wymruczał Sehun z leniwym uśmiechem na twarzy. - Robi się późno. Obejrzymy coś, czy idziemy spać?
- Nie jestem zmęczony. Włącz jakiś film - odparł Lu, wygodniej układając się w ramionach narzeczonego i przykrywając ich obu kocem.
Po godzinie oglądania nudnej komedii romantycznej Sehun czuł się tak senny, że przestał kontrolować opadające powieki, które nagle zrobiły się niezwykle ciężkie. Poruszył się, chcąc powiedzieć narzeczonemu, że zamierza iść spać, lecz w chwili, w której spojrzał na Lu, zauważył, że starszy już dawno zasnął.
Czarne kosmyki włosów opadały na jego bladą, śpiącą twarz. Słodkie usta były lekko rozchylone, a wątłe ramiona obejmowały tors Sehuna, podczas, gdy głowa bruneta spoczywała bezwładnie na jego ramieniu.
Rozczulony tym widokiem Oh uśmiechnął się lekko i nachylił, by jednym sprawnym ruchem wziąć śpiącego chłopaka na ręce i zanieść go do sypialni, gdzie ułożył go na miękkim materacu i ostrożnie przebrał w piżamę, uważając, aby go nie obudzić.
- Dobranoc, Xiao Lu - wyszeptał, kiedy ułożył już głowę narzeczonego na poduszce, a jego ciało przykrył kołdrą, po czym czule ucałował go w czoło.
Czuł się źle nie mówiąc Luhanowi o drugim znaczeniu ich ślubu, wolał jednak, żeby chłopak był nieświadomy. Jedno źle wypowiedziane słowo mogło zniszczyć cały obraz idealnej, wymarzonej miłości.
Kochał Luhana. Kochał go tak, jak jeszcze nigdy nikogo i czuł się okropnie, wiedząc jak musi to wyglądać z zewnątrz. Snobistyczny, rozpieszczony ważniak z Seulu wykorzystuje naiwność podopiecznego jego zmarłej ciotki, by uwieść go i w ten sposób zdobyć swoją część majątku. Samo myślenie o tym było bolesne.
Gdyby nie sprawy pensjonatu, Sehun poczekałby ze ślubem i zaręczynami. Zrobiłby wszystko w swoim czasie, lecz nie mógł sobie na to pozwolić, wiedząc, że lada dzień pensjonat może zostać im odebrany. Był w potrzasku, a mimo to robił wszystko, by Luhan jak najmniej na tym ucierpiał. Miał jedynie nadzieję, że gdy wyzna mu wszystko po ślubie, ten będzie w stanie mu wybaczyć i nadal go kochać.
Odpalił papierosa i przysiadł na parapecie, uchylając lekko okno. Noc była ciepła i spokojna, a Seul jak zwykle emanował światłami i neonami. Nie było w nim jednak tego, czego Sehun pragnął.
Nie chciał pieniędzy. Nie zależało mu też na spadku. Chciał tylko miłości Luhana, a tracąc pensjonat obydwoje straciliby swój dom i zapisane w nim wspomnienia.
- Hunnie? Nie śpisz?
Odwrócił się, słysząc za sobą ciche kroki.
- Nie mogę zasnąć - westchnął, opierając się plecami o ścianę.
- Znowu palisz? - Luhan podszedł do niego i odebrał jarzącego się papierosa, po czym wyrzucił go przez okno. - Rozmawialiśmy już na ten temat.
- Tak, wiem - Oh uśmiechnął się, widząc troskę na twarzy starszego.
- Obiecaj, że to ostatni raz, kiedy palisz to świństwo.
- Obiecuję.
- Coś się stało? - Luhan przysiadł na parapecie naprzeciw chłopaka. - Jesteś smutny.
- Nie, nie. Po prostu myślałem.
- O czym?
Sehun westchnął. Nienawidził go okłamywać, a robił to przez większą część ich znajomości. Zdecydowanie nie zasługiwał na kogoś tak wyrozumiałego i czułego jak Lu.
- O wszystkim, hyung - odpowiedział. - Chodźmy spać. Jest późno.
Nie czekając na reakcję drugiego, chwycił go za dłoń i pociągnął w stronę sypialni, by kilka minut później zasnąć, obejmując go szczelnie ramionami, zupełnie jakby bał się, że następny dzień odbierze mu miłość jego życia.
10 czerwca. Pensjonat.
Chen odsunął zwiewną, koronkową firankę i wyjrzał za okno, dostrzegając białą furgonetkę parkującą na podjeździe. Uśmiechnął się lekko na widok wysiadających ludzi w uniformach i ruszył w kierunku drzwi, chcąc powitać ich w progu.
Przeszedł przez salonik dla gości, który o tej godzinie niemal świecił pustkami, z wyjątkiem kilku starszych pań, raczących się herbatą i podszedł do drzwi, otwierając je na oścież.
- Dzień dobry - niska kobieta o przyjemnym wyrazie twarzy, małych ciemnych oczach i kasztanowych, lekko falowanych włosach skłoniła się lekko. - Nazywam się Bang Minah i jestem z…
- Wszystko wiem - przerwał jej Chen. - Kim Jongdae.
Kulturalnie uścisnęli sobie ręce, nim Bang Minah wraz z resztą swojego zespołu wkroczyła do wnętrza pensjonatu.
- Co zamierzacie dzisiaj robić? - spytał Jongdae, przyglądając się, jak kobieta w skupieniu ilustruje wzrokiem hol.
- Obejrzymy teren i rozplanujemy co gdzie się odbędzie. Pan Oh życzy sobie, aby ceremonia odbyła się w ogrodzie, a przyjęcie wewnątrz, więc musimy sprawdzić czy na to wszystko starczy miejsca. Musimy gdzieś upchać tych stu pięćdziesięciu gości - wyjaśniła szatynka, rozwijając kartę z planem posesji. - Mam nadzieję, że wszystkie rezerwacje w pokojach na dzień dwudziesty dziewiąty i trzydziesty zostały odwołane.
- Tak - skinął głową Jongdae.
- W takim razie proszę mnie oprowadzić - powiedziała Minah, zwijając plan posesji i na powrót chowając go do torby.
Chen rozejrzał się w poszukiwaniu Minseoka, a zauważając go u szczytu schodów przywołał do siebie ruchem ręki.
- To Kim Minseok, mój przyjaciel. Pracujemy razem. On panią oprowadzi - rzekł, wiedząc, że jeszcze przed porą obiadową musi spełnić kilka swoich obowiązków w kuchni, po czym odszedł.
Minseok skłonił się lekko przed nowo poznaną kobietą, a podnosząc zatrzymał wzrok na jej śmiejących się oczach. Dawno nie widział u żadnej kobiety tak pozytywnego uśmiechu.
- Kim Minseok.
- Tak, wiem - zaśmiała się Minah. - Jongdae pana przedstawił.
- Przejdźmy na ty - uśmiechnął się Kim.
- Mów mi Minah.
- Xiumin.
Przez moment między dwójką trwała niewygodna cisza, którą w końcu zdecydował się przerwać Minseok, przygładzając dłonią starannie ułożone włosy.
- Zacznijmy od głównego salonu. Tam ma się odbyć przyjęcie, prawda - zaczął, aby w następnego chwili poprowadzić grupę Minah w stronę wskazanego pomieszczenia.
10 czerwca. Dom Kyungsoo.
Koszmary stały się tylko złym wspomnieniem, od dnia kiedy Kyungsoo po raz pierwszy zasnął w ramionach Jongina. Wszelkie wątpliwości minęły, ukazując powoli kiełkujące uczucie pomiędzy dwoma nieufnymi duszami, które niezwykle szybko znalazły wspólny język.
- Nie śpisz już? - ciepły uśmiech wymalował się na twarzy Kyungsoo, kiedy ten przekraczając próg kuchni, zauważył bruneta, stojącego przy blacie, tyłem do niego.
- Dzisiaj ja robię śniadanie - odparł Kim, nawet się nie odwracając, na co niższy zareagował przyciszonym śmiechem.
Takie poranki były jego idealną częścią idealnego dnia.
Podszedł ostrożnie do odwróconego mężczyzny i zbierając w sobie odwagę, zdołał objąć go od tyłu i wtulić się w jego plecy. Jongin drgnął, lecz ani na chwilę nie przestawał kroić warzyw, do reszty pochłonięty przygotowywaniem posiłku.
- Jongin…
- Hm? - mruknął, słysząc cichy głos Kyungsoo.
- Chyba się do ciebie za bardzo przyzwyczajam.
Kai odłożył nóż i powoli odwrócił się przodem do niższego, uważnie ilustrując go wzrokiem.
- Co przez to rozumiesz? - spytał, kładąc dłonie na jego ramionach.
Starszy zawahał się. Wiedział, że temat, który zamierzał poruszyć był delikatny, a jedno źle wypowiedziane słowo może z łatwością zranić Jongina, który z każdym dniem stawał się jego życiem.
- Wiem, że nie powinienem, ale traktuję cię jako cząstkę mojej codzienności. Każdego dnia budzę się, wiedząc, że zaraz cię zobaczę. Myślę o tobie, troszczę się. To wszystko sprawia, że coraz bardziej się przyzwyczajam, a nie powinienem, bo wiem, że zostaniesz ze mną tylko do pewnego czasu - urwał, odważnie patrząc w zdziwione oczy bruneta.
Jongin zaniemówił, słysząc słowa, które z trudem wypowiedział starszy. Czuł się winny za to, że pozwolił chłopakowi żyć z myślą, że kiedykolwiek go opuści.
- Nie, Kyungsoo - zaśmiał się cicho, choć wewnątrz siebie czuł zjadające go obawy. - Nie zostawię cię. Nie teraz.
- Nie teraz? - powtórzył starszy, przybierając obojętny wyraz twarzy.
Jongin wziął głęboki oddech, wyszukując odpowiednich słów, by wytłumaczyć Kyungsoo sytuację w jakiej się znalazł. Musiał powiedzieć o policji, poszukiwaniu go i kłopotach jakie go prześladowały. Musiał wyznać mu prawdę i uświadomić, że dom Kyungsoo był z początku tylko schronieniem przed ścigającymi go służbami.
- To trudne - pokręcił głową.
- Racja. Znalazłeś się u mnie z dnia na dzień, a teraz staliśmy się dla siebie tak bliscy, że nie wyobrażam sobie bez ciebie mojego domu.
Słowa chłopaka uruchomiły niewidzialny mechanizm w sercu Jongina, który w jednej chwili poczuł, że nie może niszczyć tej chwili. Wyjaśnienia mogły poczekać. Pochylił się i układając dłonie na ramionach Kyungsoo złożył na jego ustach delikatny pocałunek, mający być swego rodzaju obietnicą.
10 czerwca. Seul.
- Nadal się obijasz? - parsknął Tao, wchodząc do gabinetu Oh.
Młodszy podniósł na niego wzrok, zamykając stronę przeglądaną właśnie w służbowym komputerze.
- Pracuję - skłamał, starając się wyglądać poważnie.
- Przeglądając katalogi z tortami ślubnymi?
Sehun spojrzał na monitor, po czym znów utkwił wzrok w przyjacielu.
- Okay, masz mnie - westchnął. - Przeglądałem stronę z tortami. Co w związku z tym?
- Absolutnie nic - Tao swobodnie rozsiadł się w fotelu po drugiej stronie biurka. - Chciałem tylko trochę porozmawiać.
- O co chodzi? - Sehun udał zainteresowanego, aby jego stary przyjaciel nie czuł się odrzucony.
- O ciebie - Huang nagle spoważniał. - Skąd nagle ta decyzja o ślubie? Ledwie zdążyłeś przedstawić nam swojego wybranka, a już planujecie się pobrać? O co chodzi?
Młodszy przełknął ślinę zamyślając się. Prędzej czy później ktoś musiał o to w końcu zapytać.
- Po prostu wiem, że to ten jedyny i nie zamierzam go znów stracić.
- To żaden powód - prychnął Tao, jakby naprawdę wiedział cokolwiek o związkach. - Przyznaj, że ktoś z zewnątrz musi nalegać na ten ślub. Słyszałem o takich sytuacjach wiele razy, więc jeżeli ktoś wywiera na tobie presję, lub wprost zmusza do ślubu to…
- Nie, Tao - wywrócił oczami Sehun. - Nikt nie zmusza mnie do ślubu.
- Dlaczego tak bardzo się pośpieszyliście?
- Bo chcemy jak najszybciej być razem.
- Sehun…
- Możesz mnie teraz zostawić? Mam całe stosy papierkowej roboty i dam głowę, że będę musiał znów zostawać po godzinach.
Tao wyczuł, że Sehun próbuje go spławić, jednak nie przyjął się tym zbyt i z gracją wstał, krokiem obrażonej divy kierując się ku drzwiom.
- Jeżeli będziesz chciał mi o czymś powiedzieć, powiedz - rzekł na odchodnym. - Zabawa w udawanie nigdy się dobrze nie kończy. Zawsze ktoś jest pokrzywdzony.
11 czerwca. Dom Kyungsoo.
Zapach gotowego śniadania rozbudził umysł Jongina, który czując poranny głód podniósł się z ciepłego łóżka, kierując w stronę źródła przyjemnej woni.
- Wychodzisz gdzieś? - spytał, widząc Kyungsoo, ubierającego buty w korytarzu.
- Tak - skinął głową starszy, zarzucając na ramię materiałową siatkę. - Muszę zrobić małe zakupy. Śniadanie zostawiłem ci na kuchence.
- Kiedy wrócisz?
- Za godzinę, może dwie.
Jongin skinął w odpowiedzi głową, znikając w kuchni, a niższy uśmiechając się lekko wyszedł na świeże, letnie powietrze, pachnące nadchodzącymi upałami. Wsiadł na rower i z pozytywnym uśmiechem na ustach skierował się w stronę miasteczka. Mijał szerokimi alejkami znajomych ludzi, uśmiechając się do nich przyjaźnie i pozdrawiając ich skinieniem głowy, pewny, że tak wspaniałego poranka nic nie będzie w stanie mu zepsuć.
Odwiedził kilka sklepów, kupił potrzebne produkty i kiedy stwierdził, że ma już wszystkie rzeczy ze swojej listy zakupów skierował się do domu, przejeżdżając przez główny plac, który dzisiaj wyglądał zupełnie inaczej, niż na co dzień. Grupa policji przesłuchiwała zebranych w jednym miejscu ludzi, notując ich zeznania w grubych brulionach. Kyungsoo nie wiedział o co chodzi, lecz ciekawość kazała mu iść wraz z innymi ludźmi w stronę funkcjonariuszy z brulionami.
- Przepraszam - rzekł przeciskając się przez grupę. - Skąd to całe zbiorowisko? Coś się stało?
Przez wiele lat w miasteczku nie działo się kompletnie nic, co wymagałoby udziału policji. Miejscowość, jak i jej mieszkańcy była bardzo spokojna i widok jaki zastał Do Kyungsoo z pewnością nie był codzienny.
- Poszukują kogoś, kto napadł na jakąś knajpę w centrum - odpowiedziała mu młoda kobieta, stojąca obok. - Podobno to młody chłopak. Jest poszukiwany listem gończym.
- Ma na koncie wiele przestępstw - wciął się starszy mężczyzna, którego Kyungsoo znał ze straganu z warzywami.
- Racja, lepiej, żeby szybko go znaleźli. Już dawno może być poza miastem - dodał kolejny starszy mężczyzna.
Kyungsoo poczuł niemiły skurcz żołądka.
- Jak wygląda ten chłopak? - spytał.
Jeden z mężczyzn wyjął wydrukowany list gończy ze zdjęciem młodego, poważnego szatyna, ubranego w szkolny mundurek.
- To on. Jego rodzina również go poszukuje. Jeżeli go widziałeś powinieneś złożyć zeznania - powiedział mężczyzna, a Kyungsoo poczuł, jak uginają się pod nim nogi.
11 czerwca. Seul.
- Jesteś jak zombie - skomentowała Lin, podczas przerwy na lunch, kiedy to razem z Chanyeolem była w trakcie jedzenia hamburgera, w jednej z niewielkich młodzieżowych knajpek.
- Wydaje ci się - odburknął Yeol.
- Nie - sprzeciwiła się poważnie dziewczyna.
To był pierwszy raz, kiedy Park usłyszał jej poważny ton. Zapowiadało się na jedną z tych poważnych, dołujących rozmów, których nienawidził.
- To przez mamę, czy przez niego?
- Przez nich - odparował chłopak, zupełnie nie próbując zmienić tematu.
Może tak naprawdę rozmowa była tym, czego od początku potrzebował?
- Zauważyłam, że już do niego nie dzwonisz… - Lin delikatnie uniosła rękę, odgarniając kosmyk włosów z twarzy Chanyeola. - Pokłóciliście się?
- Nie. Sam zrezygnowałem. Nie chcę tkwić w uczuciach, które są dla mnie destrukcyjne.
- To w sumie dobra decyzja.
- Dlatego zmieniłem telefon, załatwiłem sobie nowy numer - Chanyeol powędrował smętnym spojrzeniem w stronę komórki, leżącej obok niego na blacie. - Robię to wszystko, żeby zapomnieć, ale to na nic, bo nawet gdybym całkowicie zniszczył w sobie obraz Baekhyuna i tak będę o nim pamiętać.
Lin przez dłuższą chwilę wpatrywała się w chłopaka ze współczuciem w oczach, pocieszając go i milcząc razem z nim.
To był ten dzień, w którym obaj dowiedli, iż łącząca ich więź może być nazwana przyjaźnią.
11 czerwca. Dom Kyungsoo.
- Oszukałeś mnie.
Jongin podniósł wzrok znad jednej z pożyczonych z kolekcji Kyungsoo książek. Obawiał się, że wie o co chodzi. Jego gra zakończyła się w najgorszy możliwy sposób. W tamtej chwili był zupełnie bezbronny.
- Kyungsoo…
- List gończy? Policja? Przyznaj, że służyłem ci tylko jako przykrywka. Mój dom był tylko kryjówką, prawda? A te wszystkie czułe rzeczy były tylko po to, abym się nad tobą zlitował. Wykorzystałeś moją naiwność!
Widok czerwieniących się zaszklonych oczu starszego był jak sól na rany Jongina.
- Hyung, to nie tak - próbował się bronić, wiedząc, że zniszczył już wszystko. - Pozwól mi wyjaśnić.
- Policja będzie tu za kwadrans. Masz jeszcze szanse ucieczki.
Wszystkie słowa utknęły w gardle bruneta. Czyn Kyungsoo wydawał się tak absurdalny i głupi, a jednak uświadomił Jonginowi, że nie chciał ucieczki. Nie chciał już niczego, poza przebaczeniem ze strony Kyungsoo.
- Sam chciałem ci o tym powiedzieć - jego głos załamał się, nie na myśl o aresztowniu, lecz na myśl o starszym, który lada moment zostanie sam. - Tak bardzo żałuję, Kyungsoo.
Ciche słowa bruneta wydawały się szczere, jednak chłopak nie chciał w nie wierzyć. Myślał tylko o tym, jak bardzo wykorzystany i oszukany został, raniąc się wspomnieniami słodkich wyznań Jongina, które okazały się tylko kłamstwami.
- Nie powinienem ci ufać - wypowiedział tylko, odchodząc w stronę pokoju. - Przyniosę twoje rzeczy. Masz jeszcze dziesięć minut. Nie wydam tego, gdzie uciekłeś. Możesz iść.
- Hyung…
Kiedy Kyungsoo zniknął za drzwiami ich wspólnej sypialni, którą dzielili ze sobą przez te wszystkie dni, poczuł się jak śmieć. Czuł się winny, że pozwolił mu żyć w nieświadomości. Oparł się o framugę drzwi, przyglądając się po raz ostatni, jak jedyna osoba, która kiedykolwiek o niego dbała, wyjmuje z szaf rzeczy, które do niego należały, chwilami ocierając piekące oczy.
- Kyungsoo... - postanowił zacząć jeszcze raz. Cokolwiek by się stał nie mógł zostawić starszego bez słowa wyjaśnienia. - Gdybyś od początku wiedział o tym, co zrobiłem nigdy nawet nie próbowałbyś się do mnie zbliżyć.
Zaintrygowany słowami mężczyzna obrócił się w jego stronę, wręczając mu skromny pakunek. Kilka koszul, kosmetyków, szczoteczka do zębów.
- Nie chcę uwierzyć w twoje kolejne kłamstwa.
- Zabiłem człowieka - powiedział ze wstydem w głosie. - To nie jest kłamstwo.
Słowa uderzyły w Kyungsoo jak uderzenie młota, lecz nie czuł obrzydzenia, ani nienawiści do zbrodniarza, który w tej chwili zupełnie się przed nim otworzył. Czuł współczucie i troskę, myśląc o tym, jak zagubiony musiał być Jongin, aby zejść na tak okrutną drogę.
- Jongin…
Pukanie do drzwi.
- Tak bardzo cię przepraszam, hyung.
_____________________________________________
Wracam po dość długiej przerwie, bo chcę jeszcze w tym roku dokończyć do opowiadanie i być może zacząć coś nowego.
Zauważyłam, że przybyło mi kilku nowych obserwatorów oraz podskoczyła liczba wyświetleń, co bardzo mnie cieszy.
Oby tak dalej. Uwielbiam, kiedy mnie tak motywujecie ♥

