sobota, 31 stycznia 2015

"Roses" rozdział III

Tytuł: "Roses" <rozdział III>
Paring: HunHan (pobocznie KaiSoo, BaekYeol i KrisHo) 

  Oddaję w Wasze ręce trzeci rozdział. Ostatnio mam wiele pomysłów, aby jeszcze bardziej rozbudować fabułę, ale obawiam się, że wtedy będzie zbyt zagmatwana i skomplikowana.
  W każdym razie możecie oczekiwać, że w następnych rozdziałach HunHan zejdzie trochę na drugi plan, a bardziej skupię się na KrisHo. 
  Z góry przepraszam też za błędy, bo z pewnością jakieś się pojawią ; - ; 
  Enjoy



"Roses"
rozdział III

  6 stycznia. Pensjonat.
  Tego poranka Sehuna nie obudził odgłos krzątaniny dochodzący z dołu, lecz subtelny dźwięk pianina, odbijający się echem w całym budynku. Słońce, dopiero wchodzące zza horyzontu, wpływało do pokoju przenikając przez białe firanki i rażąc oczy chłopaka, zakopanego pod kołdrą. Poranki w Seulu wyglądały zupełnie inaczej.  
  Uczucie głodu i jednocześnie drażniący zapach przygotowanego śniadania, sprawiły, że Oh szybko wyskoczył z łóżka i po krótkim, orzeźwiającym prysznicu, który każdego ranka przywracał mu jasność umysłu, ubrał się i zszedł na dół. Zegar w holu wskazywał godzinę ósmą czterdzieści, co podpowiadało chłopakowi, że wstał wyjątkowo wcześniej. Goście spali jeszcze w swoich pokojach, a nieliczni wymeldowywali się w recepcji, przyciszonymi głosami, by nie zagłuszyć dźwięków pianina. Zaciekawiony Sehun, ruszył za melodią, chcąc odnaleźć jej źródło. Kojarzył ją. Wypełniała wnętrze pensjonatu zbyt często, żeby mógł tak łatwo wygonić ją z serca i umysłu. Był cząstką tego miejsca. 
  Wchodząc do saloniku dla gości, Oh poczuł nieznane uczucie, widząc Yixinga siedzącego przy pianinie, przy którym niegdyś siedziała jego ciotka i wygrywającego tą samą melodię, która tak bardzo zapadła Sehunowi w pamięć. Czas płynął powoli, pozwalając każdej nucie na odegranie swojej części, a zegar tykający w holu idealnie wpasowywał się w muzykę, tworząc razem zgodną harmonię. Sehunowi podobało się to pomieszanie dźwięków. 
  Kiedy Yixing skończył grać i powoli odwrócił się w stronę słuchacza, Sehuna zalała fala gorąca. Nie znał przyjaciela od tej strony. Kiedy Yixing grał, jego ciało i instrument tworzyły jedność, łącząc się wraz z nutami i wygrywanymi melodiami, co dla innych mogło wydawać się niezrozumiałe i zbyt zawiłe. Yixing żył muzyką, wygrywając swoją własną historię. 
  - Cześć - uśmiechnął się, zauważając obecność Sehuna.  
  - Cześć - odparł młodszy, wyrywając się z zamyślenia. W jego uszach cały czas dzwoniły dźwięki wcześniej zasłyszanej melodii. - Co tu robisz tak wcześniej? 
  - Przed pracą przychodzę trochę pograć. Kiedyś robiła to twoja ciocia - rzekł Yixing, a w umyśle Sehuna znów ożyły wspomnienia. 
  - Racja. Muzyka nadawała charakteru temu miejscu - odpowiedział Oh, patrząc na przyjaciela uważnie. Palce Yixinga były niemal stworzone po to, by uderzać z czułością w klawisze pianina, a on sam wyglądał tak, jakby granie było dla niego tym, czym jest powietrze dla zwykłych ludzi.

  6 stycznia. Seul.   
  Zapach kawy rozniósł się po całym górnym piętrze ogromnego wieżowca w centrum miasta. Był on tak intensywny, że nawet kierownik najbliższego działu nie mógł się powstrzymać i postanowił zrobić sobie małą przerwę na kubek gorącego napoju z ekspresu. Przechodząc korytarzami wielkiego biurowca, zauważył pusty gabinet zatytułowany nazwiskiem Oh Sehun. 
  - Dziwne - mruknął szef, spotykając po drodze współpracownika imieniem Huang Zitao. - Sehuna nie ma dziś w pracy? 
  - Wyjechał - odpowiedział natychmiast Zitao, również trzymając w dłoniach papierowy kubeczek z kawą. - Uznał, że potrzebuje odpoczynku.
  - Każdy z nas go potrzebuje - westchnął mężczyzna, poprawiając garnitur, idealnie przylegający do jego szczupłego ciała. 

  - Masz całkowitą rację, Yifan - poparł go Tao, upijając łyk napoju. - Urlop przydałby się każdemu z nas. 
  - Ktoś musi pracować, Zitao - oparł blondyn, opierając się placami o ścianę. 
  - Rozumiem, ale z tego co pamiętam ty chyba nigdy nie korzystałeś z urlopu - powiedział młodszy, obserwując jak na twarzy Wu Yifana, szanowanego biznesmena i szefa działa wykwita zakłopotanie. Słowa Tao zawisły w powietrzu gdzieś pomiędzy zapachem kawy a dźwiękiem drukarki. Wu Yifan poluzował krawat, opinający ciasno jego szyję i spojrzał na Tao nieco zmęczonym wzrokiem. 
  - Wyskoczmy dziś razem na miasto po pracy - zaproponował ni stąd ni zowąd. - Rozerwijmy się. 
  - Mówisz poważnie? - zdziwił się młodszy. Nie znał swojego szefa od tej strony i tym samym kompletnie nie spodziewał się takiej propozycji. 
  - Oczywiście, że tak - powiedział blondyn. - Przyda mi się trochę odpoczynku i tobie również. Poza pracą są jeszcze inne sprawy. 
  - Nie znałem cię takiego, Wu - zaśmiał się Tao, obracając w dłoniach kubeczek kawy. 
  - Nie wiesz o mnie jeszcze wielu rzeczy - parsknął Yifan, uśmiechając się lekko i znikając gdzieś przy automacie z kawą. 

  6 stycznia. Biblioteka.
  Ten poranek spędzony przy samotnej filiżance herbaty Junmyeon postanowił poświęcić na uporządkowanie swoich prywatnych rzeczy, trzymanych w szufladkach w biurku. Biblioteka była jego drugim domem i miał tu więcej pamiątek, zdjęć, rękopisów i wspomnień nadgryzionych zębem czasu, niż w mieszkaniu po drugiej stronie miasteczka.  
  Brunet w ciszy uklęknął przy biurku, odsuwając szuflady. W pierwszej z nich znalazł dobrze zapamiętany rękopis jego pierwszej powieści, zapakowany w koszulkę na dokumenty. To właśnie od tego rękopisu Junmyeon rozpoczął swoją przygodę z pisaniem. Odłożył kartki na stertę pozostałych rękopisów, które później zamierzał zamknąć w szufladce zamykanej kluczykiem, tak, aby nikt ich nigdy nie znalazł. Twórczość Junmyeona miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego, będąc ciągle zamykana w szufladach. Jego powieści opowiadały o jego życiu, miłości, walce z przeciwnościami, nieszczerych obietnicach i pożegnaniach, które sprawiały, że zakończenie każdej książki skropione było łzami pisarza. Junmyeon nie nadawał swoim powieścią wyśnionych zakończeń, dawał im takie zakończenia, jakie istotnie miały miejsce w jego życiu, a w jego życiu każde pożegnanie, czy zakończenie było smutne i niechciane. 
  Kończąc porządkowanie górnych szufladek, bibliotekarz dotarł do szafeczki zamkniętej na kluczyk, którą od początku skrzętnie omijał. Nie chciał jej otwierać, gdyż wiązało się to z powrotem bolesnych wspomnień, wyżerających radość z życia samotnego bruneta. Junmyeon sam nie wiedział, kiedy jego ręce same odszukały mały, miedziany klucz, ukryty w pęku wraz z innymi i otworzyły nim zamkniętą przez lata szafkę, sprawiając, że oczy bibliotekarza natychmiast napełniły się łzami. 
  To było trzy lata temu, kiedy przyjechał do miasteczka, chcąc zacząć życie na nowo. Był wtedy wrakiem człowieka, niezdolnym do życia samemu. Przejął bibliotekę po poprzednim właścicielu, zaczynając powoli odżywać. Poznał Kyungsoo i dzięki ich przyjaźni, brunet zaczął wychodzić na prostą. Do nie znał jego przeszłości i błędów, więc nie mógł go oceniać, a Junmyeon mógł bez oporów poświęcać mu swój wolny czas i pielęgnować ich przyjaźń, która była jednym z elementów jego życia, którego nigdy nie zamierzał niszczyć. 
  Wtedy też zaszufladkował wszystkie swoje rękopisy, poświęcając większą szafkę w biurku na zamknięcie niechcianych wspomnień. Teraz po trzech latach postanowił ją otworzyć, tknięty niewidzialną siłą, każącą mu powrócić na chwilę do chwil, dni i lat, kiedy szczęście przepełniało każdy jego dzień, by następnie odejść w ciszy i pogrążyć go w ciemności. 
  Brunet zebrał się w sobie, by drżącymi rękoma wyjąć z szafki rzeźbioną szkatułkę z jasnego drewna. Po jego plecach przebiegł dreszcze niepewności. Niepewnie uniósł wieczko pudełka, dostrzegając wspomnienia zamknięte w kilku z pozoru bezwartościowych przedmiotach, spoczywających na jego dnie. Minęło dość dużo czasu, nim Junmyeon postawił szkatułkę na podłodze, powoli wyjmując z niej owe przedmioty, zapomniane przez minione trzy, długie lata, które przepłynęły w jego życiu tak szybko jak poranny deszcz, zraszający ulice miasteczka. 
  Wyjął z dna pudełka listy, do dziś zapakowane w koperty naznaczone datami. Najstarszy pochodził z kwietnia 2010 roku. Następne były wysyłane w miarę regularnie, a kończyły się na dacie 2012. Junmyeon odłożył z bólem listy na bok, nie mając ochoty ich czytać. Nosiły w sobie zbyt wiele przeszłości. 
  Następną rzeczą, ukrytą w rzeźbionej szkatułce była moneta, która także została odłożona na bok, wraz z listami, pozostawiając w pudełku resztę przedmiotów, które Junmyeon oglądał z niekrytym zachwytem i bólem, skrytym w jego ciemnych oczach. 
  Uniósł w dłoniach pocztówkę z Busan, na odwrocie której widniał krótki cytat: "Potrzeba wielu lat, by kogoś pokochać, a wystarczy chwila, by go stracić". Junmyeon odczytał znany na pamięć cytat w ciszy i odłożył pocztówkę z panoramą miasta na bok. W szkatułce został już ostatni przedmiot, którego widok sprawiał, że serce Junmyeona łamało się z bólu. 
  Nałożył starą, złotą obrączkę na palec serdeczny, orientując się, że nadal na niego idealnie pasowała. Przypomniał sobie dzień, w którym ją otrzymał i osobą, która mu ją dała. Jaka szkoda, że ta osoba musiała odejść, zmuszając bruneta do pozbycia się wszystkich wspomnień, które się z nią wiązały. 

  6 stycznia. Pensjonat. 
  Po podaniu obiadokolacji dla gości, Chen, Xiumin, Luhan i Sehun również postanowili zjeść. Dla Sehuna była to szansa spotkania Luhana, który od samego rana unikał go jak ognia, co z każdą chwilą coraz bardziej irytowało młodego Koreańczyka. 
  - Smacznego - uśmiechnął się Xiumin, kiedy wszyscy zasiedli do stołu w kuchni, w której Chen zwykle przygotowywał posiłki dla gości. Sehun zajął miejsce centralnie naprzeciwko Luhana, choć starszy nadal traktował go jak powietrze, nie zaszczycając młodszego nawet jednym spojrzeniem. Oh nie chciał być dłużej niezauważalną zjawą, majaczącą się w korytarzach, dlatego postanowił zatrzymać chłopaka po obiedzie i porozmawiać z nim, nieważne jak bardzo trudna miała być ich rozmowa. Wiedział, że powroty bywają trudniejsze niż odejścia. 
  Kiedy po skończonym posiłku Chen i Xiumin zaczęli sprzątać brudne naczynia, Sehun ruszył za Luhanem, który zamierzał po cichu opuścić pomieszczenie. 
  - Zaczekaj - szepnął, chwytając starszego za nadgarstek, kiedy dogonił go w korytarzu na pierwszym piętrze. Luhan nie próbował się wyrywać, jedynie stanął, twarzą w twarz z Sehunem, przybierając obojętny wyraz, mimo, iż Oh widział jego zapuchnięte od wczorajszego płaczu oczy i poprzegryzane wargi. 
  - O co chodzi? - spytał Lu, starając się ukryć drżenie głosu. Stojąc przy Sehunie całe jego ciało drżało, przypominając sobie noc 18 lipca i jego ciepło tuż obok siebie, a także gorzki smak opuszczenia go bez pożegnania. 
  - Dlaczego to robisz? - spytał Sehun, a jego twarz zbliżyła się zdecydowanie zbyt blisko twarzy Lu. 
  - Co robię? 
  - Dlaczego mnie unikasz? - Oh owiał twarz starszego swoim ciepłym oddechem, patrząc mu prosto w oczy, które odpowiadały mu nieufnym spojrzeniem, spod wachlarza gęstych rzęs. 
  - Nie unikam cię - odparł Luhan po dłuższej chwili, choć obaj wiedzieli, że jest to kłamstwem. 
  - Unikasz - wycedził powoli Sehun. - Każdego dnia, począwszy od mojego przyjazdu unikasz mnie! 
  Luhan nie odpowiedział. Nie umiał zaprzeczyć, ale nie umiał też przyznać się do tego, jak wielką urazę żywił do Sehuna. Minuty mijały cicho pomiędzy nimi, odliczane cichym tykaniem zegara w holu. Szczupłe palce młodszego nadal kurczowo zaciskały się na nadgarstku Luhana, sprawiając, że starszy nie mógł już uciec. 
  - Zrobiłem coś źle? - spytał Sehun, widząc, że Luhan nawet nie zamierza odpowiedzieć. - Odpowiedz, Lu! - dodał, mocniej zaciskając dłoń na chudym nadgarstku chłopaka. 
  - Puść. To boli - powiedział tylko Han cichym, pozbawionym emocji głosem. 
  Sehun poluzował uścisk, nadal mrożąc starszego spojrzeniem. W jego wyobrażeniach ich spotkanie po latach rozłąki powinno wyglądać o wiele inaczej. 
  - Odpowiedz na moje pytanie - powtórzył Sehun, widząc, że rozmówca wyraźnie unika jego spojrzenia. 
  - Chcesz wiedzieć dlaczego cię unikam? - spytał Lu, odważnie patrząc młodszemu prosto w oczy, które nie zmieniły się ani trochę od nich ostatniego spotkania, w przeciwieństwie do całej reszty Sehuna, która uległa zupełnej zmianie. Luhan zastanawiał się nawet, czy człowiek stojący przed nim nadal jest tym samym Oh Sehunem, w którym zakochał się już lata temu. 
  - Chcę się tego dowiedzieć od początku naszej rozmowy - powiedział Sehun, czując, że jest blisko uzyskania odpowiedzi. 
  - Nie pamiętasz, prawda? 
  - Czego? - pytanie starszego było dla Sehuna zupełnie niezrozumiałe. 
  - Osiemnastego lipca. 
  Słowa Luhana zawisły w przestrzeni pomiędzy nimi. Oh poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach. Obaj pamiętali co stało się 18 lipca. Obaj jednak bali się do tego przyznać. 
  - Oczywiście, że pamiętam - odparł Sehun, starając się brzmieć naturalnie, jakby to pytanie wcale nie obudziło stada motyli w jego brzuchu. - A co to ma do rzeczy? 
  - To było nasze ostatnie spotkanie - kontynuował powoli Luhan, jakby wypowiadanie kolejnych słów sprawiało mu ból. - Ostatnie spotkanie dwa lata temu. Lato. Przyjechałeś wtedy na wakacje. Miałeś osiemnaście lat i byłeś skłócony z Jessicą. 
  Wraz ze słuchaniem kolejnych słów Luhana, w umyśle młodszego pojawiały się nowe wspomnienia. Ból po ostrej kłótni z dziewczyną, wybraną mu przez rodziców. Słodycz przyjaźni. Namiętna noc. Wszystkie kawałki układanki ułożyły się w jeden spójny obrazek. 
  - Tak, pamiętam to - pokiwał głową Sehun, dając Luhanowi znak, by kontynuował. 
  - To był czas, kiedy... kiedy ciocia... - tu chłopak urwał, dając młodszemu czas do namysłu. 
  - Kiedy ciocia była chora - dokończył za niego Oh. 
  - To było dopiero wczesne stadium choroby, ale bardzo się o nią baliśmy - mruknął Luhan, lecz zaraz powrócił do ich głównego tematu. - Dlatego wtedy...
  - Wtedy zaprosiłem cię do siebie. Płakałeś, a ja usłyszałem to zza ściany. Zaproponowałem, abyś przyszedł do mnie - dokończył Sehun. 
  - Piliśmy wtedy Whiskey - rzekł Luhan. - Dlaczego to zrobiliśmy? - jego pytanie było zupełnie nie na miejscu, lecz Sehun szybko je zrozumiał. Lu nie pytał o to, dlaczego pili alkohol w jego pokoju. Chodziło mu o to, co stało się później. 
  - Obaj mieliśmy złamane serca. Zaleczyliśmy je pijąc i pocieszając siebie nawzajem. To co się stało potem były tylko skutkiem wypitego alkoholu - powiedział Sehun, choć wcale tak nie uważał. Jego słowa były tylko zwykłym kłamstwem, w które Luhan uwierzył, a które ponownie złamało mu serce. 
  - No tak - odparł starszy, starając się przybrać obojętny wyraz twarzy i ukryć wszelkie emocje.  
  Obaj nie wiedzieli co powiedzieć, więc postanowili pozwolić, by niezręczna cisza wkradła się pomiędzy nich, do czasu, aż oni sami nie wpadną na odpowiednie słowa. 
  Twarz Sehuna nadal znajdowała się niepokojąco blisko twarzy Lu, lecz ten starał się to ignorować. Jego nadzieję zostały przekreślone. Łudził się, że noc 18 lipca była czymś wyjątkowym również dla Sehuna, lecz ten dał mu jasno do zrozumienia, że była to tylko pomyłka. Coś, co w ogóle nie powinno się wydarzyć. Świat Luhana walił się z każdą chwilą. 
  - Zapomnijmy o tym - powiedział w końcu Luhan. Nie chciał wypowiadać tych słów. - Tak będzie lepiej. 
  Sehun zamarł. Nie chciał tego. Nie chciał tracić wspomnień, które jako jedyne miały w sobie małą cząstkę prawdziwego uczucia, co sprawiało, że były dla niego na wagę złota. Nie chciał ich kasować ze swojej pamięci. 
  - Ale... - urwał, nie wiedząc, co powinien w takiej sytuacji powiedzieć. Było zbyt dużo słów, które chciał przekazać Luhanowi i zbyt duże ryzyko, że zniszczą one ich relacje. 
  - Zapomnijmy o tym. To była pomyłka - powiedział Luhan, okłamując samego siebie. 
  - Racja - rzekł Sehun, czując paraliżujący ból w sercu. - Bądźmy przyjaciółmi. Tak jak przed osiemnastym lipca. Po prostu zachowujmy się tak, jakby tego nie było. 
  Jego słowa raniły ich obojga, lecz nikt nie miał zamiaru powiedzieć tego głośno. Ból potęgowała cisza, która wżynała się w ich serca jak gruby, metalowy pręt. 
  - Muszę już iść - powiedział cicho Lu i uwolnił nadgarstek z delikatnego uścisku Sehuna, odchodząc w stronę swojego pokoju, a Oh miał wrażenie, że wraz z Luhanem odeszło także jego serce. 

  Ten wieczór Sehun spędził w swoim pokoju, siedząc na parapecie i paląc papierosy. Dym i ostry smak tytoniu działy na niego jak lek uspakajający i pomagały się wyciszyć. Palenie nie było tylko nałogiem Sehuna, to był jego sposób na przywrócenie spokoju i równowagi, kiedy inni wymagali od niego zbyt dużo. Papierosy dodawały siły, kiedy chłopak był już na granicy wytrzymałości. 
  Wieczorne niebo usłane było miękkimi kolorami granatu i bieli płatków śniegu, spadających z nieba jak łzy aniołów. Zimny powiew powietrza, muskał bladą skórę Sehuna, sprawiając, że pojawiała się na niej gęsia skórka. Ciszę wokół urozmaicał dźwięk pianina, przenikający cały budynek. Sehun wiedział, że to Lay przyszedł, by uraczyć gości pensjonatu piękną melodią na dobranoc, lecz nie miał ochoty, by zejść i zobaczyć się z przyjacielem. To był jeden z tych wieczorów, kiedy Oh nie miał zamiaru widzieć nikogo. Chciał po prostu być sam, bo jedynie w samotności mógł się pogodzić ze stratą, a stracił dziś zbyt wiele. Stracił Luhana. 
  Ciszę wymieszaną z łagodnymi dźwiękami klawiszy pianina przerwał dźwięk samochodu. Sehun wychylił się z okna, tak, aby zobaczyć podjazd, na którym stał już lśniący samochód Kim Jongina. Oh przeklął siarczyście pod nosem, wychylając się, aby zobaczyć Luhana wsiadającego do auta chłopaka, które już po chwili odjechało z podjazdu w stronę miasteczka. 
  Tego było już za wiele. 
  Sehun odpalił kolejnego papierosa, karmią swą zranioną duszę dymem.   

  6 stycznia. Seul. 
  Czerwone światła w barze, który wybrał Tao tańczyły na blond włosach Krisa i jego czarnej jak panująca na zewnątrz noc marynarce. Zapach trunków unosił się w powietrzu, współgrając z dźwiękiem brzdękających szklanek i dymem z cygar, który sprawiał, że lokalu czuć było przytłaczający zapach tytoniu, wsiąkający w ubrania klientów baru.
  - W końcu mamy chwilę, aby trochę odpocząć - westchnął Tao, opierając się o krzesło, obite skórą. Bar, który polecił Yifanowi należał do jednych z najbardziej luksusowych i drogich. Huang nie wybierał byle czego. 
  - Racja - zaśmiał się blondyn, biorąc w dłoń kieliszek z Tequilą. 
  - Nasze zdrowie, Wu - zaśmiał się Tao i wspólnie wypili zawartość swoich kieliszków, tonąc w palącej słodyczy alkoholu. 
  Bar wypełniali głównie biznesmeni, czy też inni wysoko postawieni ludzie, oraz kelnerki, które od razu przyciągnęły uwagę Zitao. 
  - Więc - zaczął młodszy, kiedy oderwał wzrok od blond piękności, przechodzącej tuż obok zajmowanego przez nich stolika. - Dlaczego nigdy nie korzystasz z urlopu? Nie czujesz się zmęczony? 
  - Przywykłem - odparł Yifan, bawiąc się pustym kieliszkiem. 
  - Jesteś jak robot, Wu - zaśmiał się Tao. 
  - Robot? - powtórzył blondyn, mierząc towarzysza spojrzeniem. W mdłym świetle czerwonych lamp, oświetlających lokal wyglądał zupełnie jak dziecko. 
  - Ciągle tylko pracujesz. Jeszcze nigdy nie widziałem, żebyś gdzieś wyszedł. Nie myślałeś o tym, żeby założyć rodzinę? - spytał Tao, chwytając butelkę Tequili i nalewając trunku do ich kieliszków. 
  Wu w ciszy obserwował jak młodszy z gracją i wprawą napełnia kieliszki napojem, nim w końcu zdecydował się odezwać. Odzwyczaił się od rozmów poza pracą. 
  - A ty? - odpowiedział pytaniem. - Też ciągle pracujesz. Nie myślałeś o tym, żeby znaleźć sobie dziewczynę? 
  - Jestem jeszcze młody, Wu. Za to ty powinieneś zacząć myśleć o czymś więcej, niż tylko o pracy. Nie miałeś nigdy dziewczyny czy tam chłopaka? 
  - Byłem zaręczony. 
  Słowa Yifana sprawiły, że Tao zamarł w bezruchu, nadal trzymając w powietrzu butelkę w Tequilą. Wydawało mu się, że się przesłyszał. Nigdy nie podejrzewałby, że ktoś taki jak Wu Yifan, samotnik zatopiony w pracy i własnych rozmyśleniach był w stanie z kimkolwiek się związać. 
  - Żartujesz, tak? - głos Tao wydawał się niezwykle cichy, przy muzyce jezzowej płynącej gdzieś z rogu pomieszczenia. 
  - Nie - odparł Wufan, sięgając po swój kieliszek trunku. - Rozstaliśmy się trzy lata temu. 
  - Serio? - młodszy nadal nie dowierzał, że jego szef mógł kiedykolwiek posiadać drugą połówkę. Nadal podejrzewał, że ten zwyczajnie sobie z niego żartuję. 
  - Niby czemu miałbym cię oszukiwać - zaśmiał się Yifan, opróżniając swój kieliszek z błogim wyrazem twarzy. Jedynym alkoholem jaki dotąd pił, było wino w jego barku w apartamencie. Zupełnie zapomniał więc, jak smakują inne trunki, w których niegdyś gustował.
  - Ale... dlaczego się rozstaliście? - spytał Huang, zupełnie zapominając o swoim kieliszku Tequili. 
  - To długa historia - westchnął Wu. - I odrobinę smutna. 
  - Opowiadaj - rzekł Tao. - Zamieniam się w słuch. 
  Przez chwilę Yifan bił się z myślami, czy powinien odgrzebywać stare wspomnienia, aby opowiedzieć o nich przyjacielowi, czy lepiej zostawić je w spokoju i pozwolić, by rany po odejściu się zabliźniły. Wybrał opcję pierwszą, wiedząc, że rany po utracie narzeczonego i tak nigdy się nie zabliźnią. 
  I tak przez kolejne kilka godzin Wu Yifan dzielił się z Tao swoją historią prawdziwej, idealnej miłości, która rozpadła się trzy lata temu, pozostawiając po sobie gorycz, podobną do goryczy czystego alkoholu i tęsknotę, która z dnia na dzień była coraz bardziej uciążliwa. Opowiadał tak, jakby oprócz nich, w lokalu nie było nikogo. Mówił o wspólnych nocach, oświadczynach przy fontannie, romantycznych kolacjach i trzech pierwszych randkach, a młodszy był tak pochłonięty jego historią, że zupełnie zapomniał o otaczającym go świecie. 
  - Nie rozumiem, Wu - odezwał się Tao, kiedy starszy zakończył swoją opowieść. - Dlaczego do niego nie wrócisz, skoro nadal go kochasz? 
  - Nie znajdę go - odpowiedział Yifan. 
  - Dlaczego? 
  - Eh... to długa historia - mruknął mężczyzna. 
  - No powiedz - nalegał Tao. 
  Yifan zawahał się na chwilę. Wypita wcześniej Tequila dodała mu zdecydowanie zbyt dużo odwagi i chęci dzielenia się swoją historią, którą Wu zdecydowanie wolał zostawić dla siebie. 
  - Po naszym rozstaniu wyjechał - powiedział, biorąc do rąk swój kieliszek. - Sam nie wiem gdzie. W każdym razie gdzieś daleko. 
  - Poza kraj? 
  - Nie. Gdzieś bliżej, ale nadal zbyt daleko. 
  - Dlaczego go nie poszukasz? 
  Pytanie Zitao sprawiło, że w wnętrzu Yifana zapanował bałagan. Zachowane w sercu wspomnienia znów zaczęły sprawiać mu ból, tak samo jak świadomość, że jego ukochany odszedł bezpowrotnie. Nie było już sensu go szukać. 
  - Wydaje mi się, że on nie chce być odnaleziony - westchnął Wu, nim gorycz alkoholu rozlała się w jego ustach. 




  6 stycznia. Pensjonat 
  Luhan potrzebował towarzystwa Jongina, by zapomnieć o wydarzeniach dzisiejszego dnia, które ciągle szumiały mu w głowie, sprawiając, że chłopak miał ochotę po prostu się rozpłakać. Sądził, że przy brunecie niechciane sceny z rozmowy z Sehunem odejdą w zapomnienie, lecz niestety tak się nie stało. Wspólna kolacja z Jonginem nie przyniosła zamierzonego efektu.
  - Wyglądasz dziś na strasznie przygnębionego - zauważył Jongin, w trakcie drogi powrotnej, kiedy Luhan znów miał okazję na przejażdżkę autem chłopaka. 

  - Wiem. To przez zmęczenie - odparł Lu, wpatrując się w przesuwający za oknem krajobraz.  
  - Jasne - westchnął Jongin, wpatrzony w przednią szybę i bez reszty pochłonięty prowadzeniem pojazdu. 
  Na zewnątrz było już całkowicie ciemno, a jedynie jasna tarcza księżyca rozpraszała mrok wokół. Droga do pensjonatu wiodła przez las, którego Luhan szczególnie nie lubił. Zawsze kojarzył mu się z sierocińcem leżącym po drugiej stronie sosnowego boru, w którym Lu się wychowywał i gdyby nie ciotka Sehuna, pewnie zostałby tam do tej pory.   
  Wszystkie myśli opuściły umysł Luhana w momencie, kiedy samochód Jongina zatrzymał się pod pensjonatem, a żwir rozsypany na podjeździe zaskrzypiał pod jego kołami. 
  - Jesteśmy na miejscu - oznajmił Kim, choć starszy dobrze o tym wiedział.  
  - Wiem - odparował chłodno Luhan, nadal siedząc na swoim miejscu. Nie chciał wracać do pensjonatu. Za bardzo obawiał się spotkania z Sehunem i kolejnej łamiącej serce rozmowy, która nie dałaby mu spać przez kolejną przesiąkniętą łzami noc. 
  - Wydaje mi się, że nie śpieszy ci się wracać do domu - zauważył Jongin, odwracając wzrok od przedniej szyby i patrząc na Luhana, toczącego walkę z myślami, którą, tak jak prawie zawsze, przegrywał. 
  - Nie... Nic się nie stało - odparł starszy, starając się brzmieć obojętnie i beztrosko. - Powinienem już wracać. 
  - Ktoś na ciebie czeka? - spytał Jongin, ilustrując jak Lu mocno chwyta klamkę drzwi. 
  - Nie - odpowiedział chińczyk, całkiem niezgodnie z prawdą. 
  Skryty w cieniu werandy Sehun stał tam od ponad godziny, czekając na przyjazd Luhana i paląc papierosy, puszczając z dymem przepełniające go emocje. 
  Luhan otworzył drzwi i wysiadł powoli zmierzając w stronę pensjonatu, lecz Jongin zatrzymał go, równie szybko wysiadając i łapiąc starszego na nadgarstek. 
  - Zaczekaj - wyszeptał, głębokim głosem, który sprawił, że starszego przeszedł dreszcz. - Miałem nadzieję, że choć dzisiaj pożegnamy się tak, jak powinniśmy - dokończył, wyraźnie akcentując każdą sylabę. 
  Luhan cofnął się odruchowo, lecz Jongin znów podszedł bliżej, sprawiając, że chłopak nie mógł już uciec. Jego nadgarstki znajdowały się w stalowym uścisku bruneta. Odwrócił się w stronę pensjonatu, dostrzegając stróżkę dymu papierosowego płynącą z werandy. Sehun. 
  Może to właśnie świadomość, że Oh będzie świadkiem tego zdarzenia, sprawiła, że Lu odważnie pozwolił się objąć Jonginowi i wraz z nim zatopił się w słodkim pocałunku, który był jego pierwszym od dwóch lat. Czuł wszystkie emocje rozrywające jego wnętrze. Tyle sprzecznych uczuć walczyło o uwagę. 
  Sehun zacisnął zęby, ilustrując wzrokiem niecodzienną scenę. Miał ochotę zabić Kim Jongina za posunięcie się tak daleko. Zdecydowanie przekroczył granicę zwykłej znajomości, podobnie jak i on 18 lipca. 
  
  Tej nocy cisza nocna w pensjonacie również rozbrzmiewała przyciszonym mruczeniem kotów, trzeszczeniem starych schodów i cichym szlochem, który Sehun również tej nocy usłyszał zza ściany.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz